lostplamet

Tym razem będzie krótko – mam przynajmniej taką nadzieję.
Lost planet 3.

Tytuł tej gry kojarzy mi się trochę z jakimś takim średnim serialem puszczanym w okolicach 15-16 na AXN SAJFAJ lub czymś podobnym. I w sumie skoro zaczynam od takich porównań, to będę w nie brnął dalej, a co! Ile jest takich filmów czy seriali, które może nie urywały dupy, może przeszły bez echa, ale jakoś kiedy ma się te ziemniaki ze schabowym na stole (na bogato) lub makaron z pomidorowym z paczki (na mniej bogato), to do tego żarcia ma się właśnie ochotę wciągnąć jakiegoś zapychacza. Taki film/serial do kotleta. Jak złapie się taki spoko serialik, to starczy nawet na kolejny miesiąc obiadków i z głowy. A trawi się znacznie lepiej.

Mam wrażenie, że ta gra nie tylko z tytułu przypomina taki serialik. Grając w nią, cały czas miałem wrażenie, że jest to giera do kotleta. To nie znaczy, że jest zła. Naprawdę bawiłem się świetnie i wciągnąłem ją nosem – jakieś 15h gry w 3-4dni. Ale po kolei!

Fabuła? No nie będę się rozpisywał – po prostu trzyma poziom. Nawet się wciągnąłem w tę ckliwą historyjkę, a finału wyczekiwałem jak ostatecznego rozwiązania problemów wszechświata. I w sumie fabuła jest znów dość średnia, ale jako całość daje radę i trzyma w jako takim napięciu. Znów porównam do tego kotleta – niby słaby sitcom, ale siedzisz z gałami jak złotówy, a po brodzie cieknie tłuszczyk z ziemniaczków. A na sam koniec gra serwuje nam scenkę, która – poważnie – wyciska łzy. Nawet Pudzian i Najman razem w objęciach zapłakaliby oglądając tę finałową scenę. Ja oczywiście jako “samiec alfa” nawet nie pierdłem oglądając te sztuczne ckliwości… (chlip chlip).

Oprócz wątku głównego jest też kilka zadań pobocznych (powaga), sklepik, system upgrade i takie tam. No spoko dosyć. Ze dwie godziny uganiałem się po pustkowiach, co by zebrać cały bestiariusz muahaha.

Jest klimacik zimnej, obcej planety. Jest też kilka momentów, kiedy po prostu się stoi, ogląda, a wręcz podziwia – krajobrazy z pędzącymi chmurami za wzgórzem, wybuchające skały na horyzoncie albo jakieś flaki wielkiego potworo-uj wie co. Można się zapatrzeć.


W kwestii rozpierniczu, Lost Planet chce być trochę Gears of War, ale szczerze? Średnio jej to wychodzi. W ogóle nie korzystałem z systemu chowania się za zasłonami bo.. Bo kurna średnio to działa, a poza tym grając na normalu gra jest dość łatwa. Po prostu wyskakuje się z giwerą i granatami na środek pokoju i sieje się mordor wkoło. I ten mordor cieszy mordę – no fajnie mi się siekało te obce formy życia. Szatkuje się to wszystko jak makaron tasakiem – za wyjątkiem kilku wkurzających indywiduów, ale dałem radę. Jest też kilka stworów klasy “g”. “G” jak gównianie-wielkie – po prostu ogromne maszkary, niezbyt trudne do rozwalenia, trochę nudnawe (choć bez przesady), no ale fun jest. A na koniec dochodzi nasz własny mech, w którym również siejemy zgubę na potęgę posępnego czerepu. Może nie jest to Mechwarrior, ale można se muzyczkę w kokpicie zapodać 🙂

Jak widać w co drugim, jeśli nie w co pierwszym zdaniu jest “ale”. Cała ta gra to jedno wielkie ‘Ale’. Niby dobra, ale.. niby zła, ale.. niby kijowa, ale.. niby miażdży ale.. itd.

Ale (hehe) jak weźmie się to wszystko do kupy to wychodzi niezłe danie. A jeśli o jedzeniu mowa to wciąż ma się ochotę porównywać tę grę do popołudniowego kina kotletowego.

Ja gierkę wyciągnąłem w jakimś bundlu i tyle jest warta. Warta zagrania, ale jako taka popołudniowa rozrywka, co cieszy gębę ale oko nie wykole (cokolwiek to znaczy). Jak już przejdzie się wszystkie godne, miażdżące mechaniką, grafiką, fabułą, i kij wie jeszcze czym – czachę! To wtedy dla odmiany, gdy się nudzi po popołudniu, warto zagrać w Lost planet – grę do bardzo dobrego kotleta. I to naprawdę nie znaczy, że ta gra jest zła – nie! Przecież polecam gry warte zagrania i LOST PLANET 3 faktycznie taką jest!

Idę na obiad, pozdro!
kloni


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial