dying light czy warto

Na początek – jeśli ktoś jest fanem zombie, niech nie czyta dalej. Po prostu każdy fan umarlaków musi w to zagrać!! Żadnych argumentów tu nie będę przytaczał, taki jest porządek rzeczy jak 2+2=7,234. Najczystsza forma zombiawiatości, która trzeba .. przeżyć?!
Jeśli zawżdy ktoś z zombie nie lubi – niech czyta dalej abżdy się przekonać dlaczegoż kurważ wartoż.

Jeszcze tylko mały dopisek – być może ktoś słyszał już, że w tej grze polski dubbing jest średni.. no cóż – jest tragiczny i rozwala pół klimatu, jeśli nie cały. Polecam grać z angielskim dubbingiem i polskimi napisami. Inaczej nie ma sensu – poważnie!
[Przy ustawieniu polskiego języka, kopiuje się folder ang-audio do pol-audio i już;
jest gdzieś na Steam dokładny opis jak to zrobić dla kogoś bez ręki i pół zwoja nerwowego].
 
Skoro już zacząłem od dubbingu, czyli poniekąd zahaczyłem o fabułę – to o fabule napisze se najpierw. Noooo.. nie urywa włosa z tyłka, ale jest! Zwykła taka opowiastka. W sumie to jest najsłabsza część tej gry. Naprawdę – gdyby w tej grze była opowieść z prawdziwego zdarzenia, to moglibyśmy mieć prawdziwy produkt wszech czasów – arcydzieło. No ale co poradzić? Na domiar złego, ta fabuła, strasznie słabo się rozkręca. Kilka pierwszych godzin było tak suche, że gdyby nie zadania poboczne i cały inny content, to chyba wywaliłbym to wszystko za okno. A jednak przetrwałem! I faktycznie później jest o niebo lepiej. Może fabula nie zaskakuje, czarny charakter jest jakiś taki wątły, a nasz bohater sam kurna nie wie jakie ma zasady, ale jednak po tych 2-3h sposób prowadzenia i przekazania opowieści nieźle się rozkręca. No właśnie – sposób, w jaki fabula jest przekazana, po prostu ratuje tę grę. Wiadomix – jak w tych słabych filmach sensacyjnych – niby wszystko jasne i wiadomo, co się zaraz stanie, ale dobra reżyseria, sceny, aktorzy, wybuchy, pierduchy i wszystko inne jest tak dobre, że po prostu ogląda się ze śliną na klacie i napięciem w majtach. I tu jest jakby podobnie. Szybkie pościgi, ucieczki, walka, tkliwe scenki – po prostu dobra reżyserka ratuje kiepską fabułę i tyle.
Do tego mamy jeszcze zadania poboczne – przerobiłem może połowę, może mniej. Takie tam, przynieś wynieś, pozaciachaj. Ale 2 zadania są naprawdę zacne i ścisnęły mnie za serce – (mam nadzieję, że każdy na nie trafi).

No ok, co zatem sprawiło, że jednak przegrałem te 30h (poważnie – 30h, a zadań pobocznych za dużo nie liznąłem).
Hmmm.. walne jak łysy czupryną o kant kuli (czasem trzeba) – po prostu znów polecam grę pełną niesamowitego KLIMATU!!

Trafiamy do miasta, gdzie – patrząc na oprawę graficzną i światłocienie – naprawdę światło umiera. Trafiamy do miasta, zniszczonego epidemią, pełnego zombie, śmierci i innego ścierwa. I właśnie to wszystko czuje się tutaj na każdym kroku. W takim miejscu nie jesteśmy panem sytuacji, to zombie rządzą okolicą (jeśli pałętanie się można nazwać rządzeniem). W każdym razie – zombiaków jest wszędzie pełno i już. Często gęsto sprzedajemy zombiakowi ucięcie łepetyny i po prostu spieprzamy bo jego kumple już się zdenerwowali, że ich ziomek stracił czerep na nasz widok. Jasne, próbowałem raz zrobić rozpiernicz… W dalszej części gry, kiedy mamy już sporo sprzętu i broni, usmażyłem może ze 150 umarlaków. Ale oni wciąż przyłazili i przyłazili. W końcu, kiedy mi się skończyły zapasy, po prostu.. zwiałem 😀 Trzeba sobie uświadomić jedno – ta gra to nie shooter, nie rozwalka. Można zrobić masakrę tasakiem mechanicznym tudzież bejsbolem, ale na koniec i tak trzeba zapierniczać do kryjówki. I to tworzy cudowny klimat apokalipsy zombie. Apokalipsy, w której zamiast ratować świat, walczymy o przetrwanie. Projekt lokacji również przypadł mi do gustu – szczególnie w drugiej części gry, kiedy trafiamy na stare miasto. Nagle poganiamy po blisko-wschodnich dachach niczym jakiś asasyn czy inny Ezio (porównanie przypadkowe).


Jest jeszcze coś – system dnia i nocy! Noc to zupełnie inna gra. Wiem, że w co drugiej recenzji tak piszą, ale powaga, nie wierzyłem, póki nie zagrałem. Co prawda nie jestem fanem nocy (bo ciągle mnie ktoś zjada albo nogę chwyci), ale nie można jej odmówić niesamowitej atmosfery. Jeśli w dzień pisałem, że walczymy o przetrwanie (kosząc zombiaki jak łany złotej pszenicy), to w nocy… po prostu spierd..uciekamy z przerwami na chowanie się przed łowcami, a potem znowu wiejemy – i ten moment kiedy wciska się klawisz przypisany do spojrzenia w tył, a tam… ech bezcenne. To nie jest horror, ale w nocy czasem żyłka stanie na baczność.
Przy pierwszej mojej nocce, postanowiłem, że wyłączam latarkę (bo przyciągała hordy – HOOORDY zombie), i po prostu biegnę do przodu patrząc na radar czy dobrze lecę (a jak jest noc, to nie ma, że sobie można gammę zwiększyć – jak jest ciemno, to ni psa nie widać). No i biegnę, popieprzam, uciekam, nic nie widzę i jeb… dalej nie idzie, zacięło się czy co.. No to włączam latarkę i… Chyba każdy zna tę scenę z “I am legend”, gdy pierwszy raz W.Smith wchodzi do budynku za swym psem, świeci latarką, a tam pod ścianą kłębowisko tych stworów? Nie? To polecam ją obczaić gdzieś w necie, a ja tylko powiem, że identyczną akcję wtedy obadałem. Włączam latarę, odwracam się, a tam ze 40 zombie do mnie łapy wyciąga – noooo naprawdę wcisnęło mnie w fotel.

Cóż bawiłem się naprawdę grubo. Powiem nawet, że te wszystkie wyzwania pokroju: ‚przebiegnij gdzieś w jakimś czasie’ albo ‚zabij określoną ilość zombie łopatą’ itp, bardziej mnie wciągnęły niż sama fabuła. Do tego świetna eksploracja i parkour w pierwszej osobie (mega!). Nie jestem fanem eksploracji, a tutaj nie raz łapałem się, że zamiast wypełnić zadanie, polazłem nie wiadomo gdzie, przeskakując kolejne dachy i wyczesując kolejne zakamarki i szafeczki. Poza tym to nie jest tak, że fabuła gdzieś leci z boku i w ogóle ma się na nią olane – w późniejszym czasie nawet coś tam się rozkręca! A jak pisałem wyżej – sposób jej prowadzenia wypełnia braki w samej konstrukcji scenariusza i mimo wszystko trochę trzyma przed monitorem.

Jeszcze dodam coś o broniach, bo czytałem gdzieś, że niby system niszczenia się broni jest do czterech liter. Moim zdaniem świetnie się sprawdził. Broni jest w ogóle masa: młotki, rurki, bejsbole, noże, szpady, kosy, granaty zapalające, wybuchające, srające i piszczące, i do tego broń palna też (ale w sumie lepiej się zombiaki ciacha niż do nich strzela).
Wszystkiego jest tyle, że kiedy komuś rozwali się jego ulubiona mega zmodyfikowana kosa, to zaraz znajduje coś lepszego i znowu ciacha się bryzgając krwią po ścianach fantazyjnym deseniem. Miałem wrażenie, że ten system był dla mnie idealnie zbilansowany – choć jak pisałem dużo eksplorowałem, więc problem braku części do majsterkowania mnie ominął.
 
EDIT: Poniższy akipit chwilowo jest nieaktualny. Niestety po updejcie co nowej wersji DL, demo tej gry zostało usunięte, gdyż podobno pojawiały się problemy zgodności wersji plików. Słyszałem, że demo ma powrócić, ale aktualnie jest niedostępne. Smuteczek jednak….
Jak ktoś dalej ma wątpliwości – Techland zrobił coś za co moim zdaniem należy się ogromny szacun (chociażby przez to, że już nikt tego nie robi) – a mianowicie: jest dostępne DEMO! Tak, królicze ucho! Możecie sobie pograć w jednogodzinne demko za darmo i sprawdzić czy gra wam pasi. Ja tak zrobiłem i klimat tej jednej godziny sprawił, że musiałem zagrać w full (mała uwaga – w demie misja poboczna jest słaba, ale reszta jest świetna).

W pełnej wersji dostałem jeszcze więcej wszystkiego i mimo, że nie przekonałem się do zombie, to bawiłem się świetnie.

Zatem jak mawia się w Haran – goodnight and good luck.

dying light czy warto
 
PS polecam toplistę najdziwniejszych kolekcjonerek, w której jest miejsce właśnie dla Dying Light! >>> TUTAJ <<<
A w razie nudy i braku rozkminy, niedługo do poczytania mini cyklik o zombie – ‚kto to kurna wymyślił?’ oraz ‚czy jest ryzyko, że kiedyś zombie nas zjedzą?’

kloni


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial