bioshockinfinite

Bioshock – czy warto zagrać?
Wydaję się, że odpowiedź jest tylko jedna – ocena 94 na metacritic (woah!). Wpis w ogóle bez sensu, samo pytanie bezsensu, świat jest bezsensu (wut?).

Tyle recenzji zostało napisane, tyle ocen idealnych, itd, itp, abs, ebd, rsr, i chchch… Więc po co się zastanawiać, czy warto w to grać (lol ogarnij się wiadomo, że warto – ok, to ostatni głupi komentarz w nawiasie, obiecuje).

A jednak! Mimo tej całej tej otoczki gry idealnej, arcydzieła – ja zanim zagrałem, zanim w ogóle kupiłem, bardzo długo się zastanawiałem. Dlaczego kurka powietrzna? Bo.. uwaga, uwaga, Bioshock 1 mi się nie podobał i jakoś… nie polecam pierwszej części (LOL!!>??).

Tak więc jeśli ktoś nie jest pewien, albo poprzednie części mu nie podeszły – zapraszam do lektury.

Standardowo – o co kaman? Nie będę się rozpisywał, bo nie tworzę recenzji – po prostu gramy rolę prywatnego detektywa, którego ktoś wynajął, żeby przyprowadzić pewną panienkę o imieniu Elisabeth z miasta Columbia. A miasto to jest cudem techniki lat 50-tych United States of America (brzmi dumnie) – czyli wisi sobie w chmurach i dynda. Sam początek spoko, lubię kiedy gra wrzuca nas od razu do akcji, a zamiast cut-scenek opisujących fabułę, sami tworzymy cut-scenkę – w tym wypadku płynąc łodzią, słuchając bełkotu dwójki nieznajomych, a następnie wspinając się na latarnię, co by dostać się do miasta Columbia. Potem jest jeszcze lepiej! Przede wszystkim GRAFIKA. Co prawda jest to specyficzny rodzaj animacji, który nie odzwierciedla w pełni rzeczywistości, a raczej jest pewną formą filmu animowanego, czy artyzmu. Jednak ta grafika, a właściwie widoki – robią niemałe wrażenie. Nawet ostatnio widziałem jakieś zestawienie najlepszych miast z gier i wśród piątki była właśnie Columbia. Miasto – no jest spoczko – duże, ze swoimi budynkami, skwerami, pomnikami i budowlami, lewitującymi tu i tam na chmurkach. Najlepsza jest moim zdaniem sztuczna plaża z pseudo morzem – sami se zobaczycie. Ma się wrażenie, że całe miasto żyje. Co prawda nie ma tu interaktywnych NPC, z którymi można pogadać o pogodzie, i wszach łonowych, to jednak imersja jest pełna – a to automat z krótkim filmikiem, a to chłopiec sprzedający gazety, a to luneta przez którą można podziwiać architekturę, tam ludzie idący na paradę – no fajnie, ładnie. Nie mogę w tym tekście (skoro już zacząłem na początku) nie odnosić się do pierwszej części Bioshock. A więc nie jest tu (przynajmniej moim zdaniem), tak ponuro, matowo i brudno (brudno? Tak kurna brudno!) jak w Rapture. No ja piernicze całkowicie mi się nie podobało to podwodne miasto, jakieś takie bez wyrazu, mdłe, puste – ale bez wrażenia pustki, która ma wzbudzać lęk, zastanowienie – nie! Po prostu martwe, takie jakieś bleee. Nie mogłem się wtopić (ale dobrałem słowo – mistrz!) w ten świat z pierwszej części, czułem się jakbym grał w tetris i przy okazji czytał książkę o jakiejś tam fabule, zamiast uczestniczyć, tak jak lubię, w interaktywnej opowieści. Tu od początku mam inne wrażenie. I dobrze – gramy dalej!


Gierka na nasze życzenie dość szybko się rozkręca – ktoś nas nie za bardzo lubi, robi się nieprzyjemnie, krew tryska, japa zmiażdżona, wszędzie trupy. No cóż skoro ktoś do nas startuje niegrzecznie, to łapiemy giwerę i napierdalanka! Tutaj znowu mam wrażenie, że jest lepiej niż w pierwszej części. Co prawda to nie CoD czy inny Crysis, więc uczucie podczas strzelania oraz sterowanie jest.. średnie – i to chyba największa wada Bioshocków – pobawicie się w tej mechanice to zrozumiecie. Ale! No nie jest tak toporne jak w Bioshock 1 (czy tylko ja mam wrażenie topornego strzelania w pierwszej części? c’mon!).
Nie będę się rozpisywał, bo jest tyle recenzji, pochwał itp., a i tak już 90% ludzi mnie nie nienawidzi, gdyż ponieważ nie lubię Bioshock (tak – nie lubię, nie przepadam!).
Przechodzę od razu do tego co w tej grze moim zdaniem robi największe wrażenie. Wrażenie tak wielkie, że jest to jedna z najważniejszych rzeczy, dzięki którym w tę grę po prostu trzeba zagrać. Wiadomo – Elisabeth. Jak zwykle wszystko sprowadza się do dup.. ekghm kobiety. Ale poważnie – chyba w żadnej grze nie widziałem tak wspaniale zaprojektowanego NPC. Postaci, która ma swój charakter, odczucia, przekonania, motywacje dzięki którym się zmienia i dąży do kolejnych celów. No cudo. Utarczki słowne z naszym bohaterem, dialogi, monologi elisabeth, nie wspominając nawet o takiej błahostce jak fakt, że pomaga nam w walce znajdując m.in. amunicję. No błagam – napierniczam cały magazynek granatnika, kolejni wrogowie nas zalewają, granatów już nigdzie nie ma, życie maleje, zaraz zginiemy kurnnnaaaa!! NIE! Nagle piękna kobieta krzyczy ‘Catch’ i rzuca nam nowiusieńki zapas granatów – łezka w oku płynie (krew zresztą też ale już nie nasza). A już na serio – warto zagrać tylko dla niej (zaraz list miłosny walne).

Skoro już jesteśmy przy NPC o imieniu Ela, czas na FABUŁĘ. No i co z nią? Trochę mnie zawiodła. Wszyscy piszą jaka to niesamowita fabuła i w ogóle szczam w majty. Czy ja wiem niesamowita? No dobra rzecz gustu, ale jest coś co mimo gustu psuje efekt końcowy. Fabuła przez całą grę rozwija się powoli, a tak naprawdę w ogóle się nie rozwija, po prostu biegniemy to tu to tam, by na samym końcu zostać oświeceni – wow szok, gęba na podłodze – o co w tym wszystkim chodzi. No spoko, jak już się skończy grę (i chwilę pomyśli) to fakt, historyjka fajna. Muszę przyznać, że wtedy kilka elementów nas oświeca i składa się w całość, a niby niepotrzebne wcześniej dialogi nabierają głębokiego sensu – i wtedy warto zagrać drugi raz. Ale to co mnie wkurza to to, że nie dochodzimy małymi kroczkami do finału, że nie możemy się sami domyśleć, czy snuć domysły (może po prostu jestem mało intelygętny?) – bo kurde poza wiadomościami głosowymi, nic więcej nie dostajemy i jak się kilka tych wiadomości przez przypadek opuści, to naprawdę zamiast wiedzieć 1% fabuły, wie się 0,9%. Czułem się jakbym czytał książkę o facecie, który przez 300 stron po prostu idzie sobie przez wioskę ze swoją przyjaciółką i za bardzo nie wie o co kaman, po czym dochodzi do końca wioski i BANG! okazuje się na ostatniej stronie, że jest pół-bogiem, pół tygrysem, który zjadł wieloryba i ma zgagę.. To jest metafora, jakby ktoś nie skumał – nie będę wam zdradzał fabuły bioshock infinite. W każdym razie – na początku się rozczarowałem, a jednak coś jest w tej grze, że po dłuższym przemyśleniu jednak zadumałem się. Hmm ciężko mi ocenić tę fabułę – nie podeszła mi, a jednak ma coś w sobie – może właśnie przez to „coś” warto zagrać? Może właśnie wam ta historia podejdzie i będziecie wniebowzięci?


A gra ma to „coś”! To, czego czasem brakuje największym piaskownicom. W mojej ocenie po przegraniu tysiąca gier, nie chodzi o to żeby zrobić gierkę z tysiącem dróg i możliwości rozgałęziających się niczym sekwoja czy dąb bartek.. Bo i tak dalej czujemy się uwięzieni na pewnej ścieżce. Najważniejsze to danie nam graczom złudzenia – złudzenia, że wpływamy na grę. Właśnie TO, tak naprawdę sprawia wrażenie, że coś od nas zależy i gramy tak, jak my tego chcemy, a nie twórcy. I w Bioshock Infinite takie złudzenie w jest. Może to przez wrażenie dość dużego świata, gdzie poza główną ścieżką, można eksplorować inne ciekawe obiekty (mimo tego gra jest wciąż liniowa!), czy też przez kilka mini wyborów, które potem mają swoje (nieznaczące dla gry ale jednak) konsekwencję. Może jednak ta fabuła jest dobra? może to przez Elisabeth? A może to klimat dziwnych sci-fi lat 50-tych usa? Nie wiem co, ale jednak wsiąkłem bez mydła w tę grę.
Widzicie to? Narzekam na kiepską mechanikę, średnią (wtf?!) fabułę i inne pierdy, a na koniec piszę, że prawie się w gierce zabujałem. To wszystko przez te drobnostki sprawiające wrażenie bardzo realnego świata i… TEGO CZEGOŚ magicznego.

Robiąc podsumowanie – gra warta zagrania z przyczyn wymienionych wyżej – może nastawiłem się na epopeję, a dostałem po prostu grę świetną (a nie idealną) i przez to lekki zawód?
Zagrać trzeba, nie ma bata we wsi. Może nie jest to świetny gejmplejowo szuter, ale za to otoczenie, bohaterowie, ta wspomniana fabuła, cała otoczka – no dlatego wszystkiego warto! Jeśli wam się spodoba ten klimat i będziecie się świetnie bawić, a nawet zagracie drugi i trzeci raz – to śmiało grajcie też w poprzednie części. Można je też spokojnie opuścić, bo bez DLC, historia w nich przedstawiona, nie jest związana z trzecią częścią.
Jednak jeśli po przejściu Bioshock Infinitive będziecie mieli małego kaca (że niby świetne, ale jednak coś..), czy też innego papucia w gębie jak ja – odradzam Bioshock 1 i 2.

Pozdro elos kloni.


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial