panorama zombie

No dobra – nie jestem fanem zombie, więc te informacje, które wyszukałem (a przyłożyłem się), mogą być po prostu słabe dla kogoś, kto zjadł zęby na zombiakach (nie wiem czy pisząc o zombie mogę używać słowa “jeść” :D). Mimo to zapraszam na pyszne danie!

Aaaa jeśli ktoś jeszcze nie grał w Dying Light i ma wątpliwości czy warto, to zapraszam TUUUU!.

*Duża część informacji, które tu zebrałem jest zaczerpnięta z szeroko pojętego internetu (wikipedia, fora, strony fanowskie) oraz z książek, które kiedyś łyknąłem wieczorową porą. Mimo to, całe to info jest przeze mnie przetrawione i napisane moimi własnymi ręcami i mózgownicą! (ta notka jest po to żeby ktoś nie myślał, że zrobiłem chamski kopiuj/wklej)

Nie będę ukrywał, że Dying Light zachwyciło mnie swoim klimatem apokalipsy, a ponieważ nie do końca rozumiem fenomen zombie, zacząłem się po prostu zastanawiać, skąd się wziął pomysł na te przebrzydłe maszkarony.

Rozumiem wampiry – porfiria, tajemne loże, ukryte imprezy zakrapiane czarną polewką – w wampira mogę uwierzyć, ale skąd wylazły te zombiaki??!?!
Do tego jakoś nie mogę się przekonać do czegoś, co moim (nieomylnym!) zdaniem po prostu nie może istnieć! Dlaczegoż kurwoż? Przeczy temu ewolucja, polucja, biologia i mitologia! Nie no luz, o podłożu biologicznym (a mam tu smykałkę, bo kiedyś w tym kierunku się kształciłem) oraz tym czy jest szansa, że kiedyś zombie powstaną na moim ogródku, a potem mnie wpierniczą – w części drugiej, która już niebawem! (przykłady z życia mrówek oraz o wirusie, który już dziś istnieje, a może dawać podobne objawy do tego filmowego – też będzie).

Zacznijmy od samego słowa „zombie”- wg ciotki wikipedii słowo pochodzi od “zumbi” lub “nzambi” – co w językach środkowej i zachodniej Afryki znaczyło odpowiednio: fetysz (czyli amulet, magiczny przedmiot, a nie od razu jakieś seksualne skojarzenia!) oraz jakiś tam bóg afrykański.
Spoczko, ale skąd ten zombie nagle zamienił się w umarlaka. No więc, wszystko tak naprawdę przez wyspę Haiti, kult voodoo, który tam wyznawano i pewnego pana, który wszystko postanowił opisać w pewnej książce nie szczędząc przy okazji wyobraźni i pierdolnięcia w dekiel – ale po kolei!

Na początek – voodoo. Jak słyszę to słowo to od razu mam ciary w majtach, przed oczami te małe główki i laleczki i już czuję ukłucia na karku! A na poważnie, voodoo to po prostu religia – normalne wyznanie, jak katolicyzm czy buddyzm. Powstał na Haiti i południu USA w XVII/XVIII wieku. Wiecie, wtedy w tamte rejony biali panowie przywozili całe tabuny niewolników z Afryki, co by jeść “white cake” (django!!) i liczyć kasiorkę ze swych plantacji. A ci biedni murzyni musieli napierniczać i przede wszystkim w coś wierzyć (żeby mieć chociaż cień nadziei na spierniczenie z tego piekiełka). A że była ich tam cała masa z różnych rejonów afryki, do tego cała siatka misjonarzy i innych nawiedzonych ziomków, niewolnicy powoli połączyli różne wierzenia (wierzenia europejskie, swoje rytuały, brazilijski spirytualizm itd) i tak powstało voodoo – ich własna religia co by było im lżej. W voodoo są oczywiście kapłani, szamani, rytuały, opętania i inne mroczne wątki.. Tylko skąd takie małe wierzenie z Haiti, jest dziś tak bardzo znane na całym świecie i do tego owiane mrokiem czarniejszym niż tyłek… (ekhm)
A więc za górami, za lasami było tak. W 1791r. na Haiti było już tyle niewolników i do tego tylu niezadowolonych (no raczej!), że wybuchło tam po prostu powstanie niewolników, które o dziwo zakończyło się krwawą jatką i zwycięstwem tychże niewolników, a następnie utworzeniem niepodległego państwa. (tutaj dygresja – w skład Haiti wchodzi kilka różnych wysp m.in. słynna Tortuga – siedliszcze piratów!). Co dalej? No cóż amerykańscy właściciele plantacji zaczęli srać w portki, że ich niewolnicy także się zbuntują i zatkną ich łby na swych dzidach! Więc zaczęto powoli, ale systematycznie rozgłaszać coraz to dziwniejsze ploty o państwie Haiti – a to, że tam straszy, że szamani posiadają dusze innych mieszkańców itd itd – wszystko żeby tylko zdyskredytować to państewko. Nooo to był dopiero raj dla pisarzy – szybko zaczęły powstawać różne książki, niektóre imitujące nawet pamiętniki opisujące niestworzone historie z Haiti. W kolejnych latach Haiti się nie wiodło. Nie będę wchodził w szczegóły, ogólnie była to arena różnych rozgrywek politycznych, a tym samym wyspa była po prostu “modna” i na salonach trzeba było kumać co to “haiti”, a najlepiej opowiedzieć historię jak to się tam było i jeszcze usiekło jakiegoś szamana. I teraz łączymy to wszystko z voodoo – w tej religii zombi oznaczało istotę zniewoloną, wykonującą rozkazy itp. No i nagle jakiś ziomeczek opisuję, że był na Haiti i widział szamanów, którzy tworzyli zombi na swe rozkazy – no i jazda.. Takie plotki lubią się ładnie roznosić i rozrastać do przepasnych rozmiarów, a że wówczas pół śmietanki towarzyskiej z ameryki i europy jarała się Haiti.. – ach ta siła mediów z XIX/XX wieku!

Wszystko może by i przycichło i rozeszło się po gaciach, gdyby nie film z 1968r. Noc żywych trupów G.A.Romero. Co prawda Romero twierdził, że nie chciał tworzyć zombie, a jedynie straszne potwory, które nie mogły umrzeć. Ale ktoś tam wrzucił magiczne słowo ZOMBIE. No i się zaczęło od nowa.. Potem to już powstała cała rzeka filmów, komiksów i czego tylko chcecie. Gatunki zombie, rodzaje, teorie, epidemiologia, etiologia i paleontologia.. Czemu stało się to tak popularne? No cóż, odpowiedzi i dywagacji na ten temat jest tyle, że można encyklopedię walnąć. Także nie będę się przemęczał, taki już świat..

Ale… Czy w tym wszystkim może być ziarenko prawdy? Czy człowiek może stać się Zombie? Czy istnieje wirus, który powoduję takę mutację? No cóż jak pisałem na początku, jest jeden taki wirus… ale o tym w kolejnej części!
ZAPRASZAM na część drugą >>>> Klik!!

kloni


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial