rollcage1

Rollcage – kosmiczne zręcznościowe wyścigi z 1999r.
Gdy myślę o tej grze przypominają mi się me młodzieńcze beztroskie lata, jazda na śmiechowych polskich kolejkach górskich i tandetne symulatory kolejek sci-fi w przerobionych naczepach samochodowych (ktoś to jeszcze pamięta?)
źródło - net
Jakoś gry wyścigowe to nie jest mój konik, ale czasami (albo nawet – często!) nie chodzi o te świecące polerką bryki, zachodzące słońce, zapierającą dech fizykę jazdy i pierdyliard odwzorowanych do osiemdziesięciopięciościanu marek samochodów – czemu w NFS nie można się ścigać multiplą?! Przecież w wyścigach chodzi o to uczucie pędu, wolności, i świadomości, że nie wystarczy wciskać tylko gazu do dechy, by wygrać; a jedno delikatne dotknięcie klawisze „w lewo” skończy się kraksą i niemożliwą do odrobienia stratą (do tego dochodzą oczywiście rakiety i tona wybuchów!)…

Rollcage nie jest grą z serii – świetna mechanika, czadowa grafika, fabuła, dylematy moralne czy też 500h grania z powodu braku możliwości oderwania się od kompa. To raczej gra zręcznościowa, gdzie wyłączasz mózg z wyższych obrotów rozkminy i po prostu jedziesz i cieszysz japę, bo wygrywasz. To gra, którą włączasz z nudów na 10min, na jeden wyścig (bo „nie mam w co zagrać”), po czym kończysz po 2-3h miazgi na ekranie i nawet nie wiesz, kiedy nastał wieczór – a następną sesję rozegrasz może za 2 tygodnie, gdy znów Ci się o niej przypomni, albo będziesz miał ochotę odmóżdżyć się, pozwalając palcom robić „swoje” na klawce (nie myśląc o niczym, albo po prostu o cyckach)…

Mam dziwne wrażenie, że takie gry już nie powstają. Futurystyczne, niemożliwe, a czasem trochę „zabawkowe” wyścigi, gdzie liczy się tylko prędkość, a czasami również odpowiednio wystrzelona rakieta, czy też inny uprzykrzacz. Nie no dobra jest setka takich gier – ale jednak nikt o nich nie słyszał… Czemu? Bo są słabe i po 1h grania mimo, że wszystko wydaję się ładne, fajne, wybuchowe – nikt do nich nie wraca. Każda plansza jest taka sama, może trochę ładniejsza, prędkości w ogóle się nie czuje, a większość gry przechodzisz wciskając „do przodu” i już – NUUUUUDAAAAAA Nie!!!!! – nie w ROLLCAGE.

Przede wszystkim zanim ktoś popuka się w głowę, że polecam grę z 1999r., pragnę się usprawiedliwić, że polecam tzw klasyki, kiedy wciąż warto w nie zagrać, a przede wszystkim, gdy mimo upływu lat i technologii wciąż dają radę robić mordor na naszych kompach (w różny sposób, nie tylko wizualny!).
W przypadku Rollcage jest jeden duży plus – jeden z twórców na własną rękę stworzył odświeżoną wersję tej gry – ze zremasterowaną (o tyle o ile się da) grafiką oraz z możliwością bezproblemowego odpalania tej gierki na nowych windowsach (bez setki emulatorów, pseudo-sterowników i dzikich węży) L I N K !!!!! Autor udostępnia wersję za darmo, jednak cała gra wciąż jest chroniona prawami autorskimi, więc twórca zaleca ściągać tę wersję, tylko, gdy jesteście posiadaczami oryginału – no cóż, każdy zrobi to, co jego sumienie mu podpowiada 😉


O co tyle krzyku? Przede wszystkim w tej grze czuć prędkość (jeszcze raz to napiszę i chyba faktycznie ją poczuję… nosem!). Jak lecimy pińcet na godzinę obraz się rozmazuje, wszystko z boku pędzi jak szalone, a przy każdym zakręcie lub konieczności wciśnięcia skrętu, człowiek ma tę gęsią skórkę na karku, bo zaraz wszystko się spierniczy, wpadniemy w poślizg i dupa zbita.
Do tego poziomy! No są nawet zróżnicowane – niektóre mapy są z serii „hej ho i do przodu”; na innych, by wycisnąć dobry czas naprawdę trzeba się napocić. Poza tym, często-gęsto o wiele lepiej zwolnić i dobrze wejść w zakręt, niż napierniczać tysiąc na godziną i mieć nadzieję, że jakoś się poodbijamy i wyjdziemy na prostą (wow gra z 1999r., a tu taka nowość – to sarkazm na debilizm nowych tytułów, jak ktoś nie skumał). Na większości poziomów są też dodatkowe drogi, czy też skróty, no i pełno tunelów czy wyprofilowanych skrętów, gdzie nasz dwustronny samochodzik śmiga jak po maśle, zbierając power-upy po dachach tuneli. Czaderskie uczucie, a kamera szaleje i nasz mózg też!
A skoro mowa o tych dopałkach – są rakiety, spowalniacze, przyspieszacze, mrożenie drogi, osłony – wszystko, co każdy rasowy siejący mordor kierowca mieć powinien. Zresztą na najtrudniejszym poziomie trudności bez tego całego arsenału oraz jego odpowiedniego użycia, wygrana jest prawie niemożliwa. Nie będę nawet mówił, że dobrze wystrzelona rakietka może w 0,0000000001s tuż przed metą z idealnym czasem, przenieść nas na sam koniec stawki (o ja piernicze, giń przebrzydły komputerze!!!).
Kolejna fajna rzecz? Prącie bardzo – samochody, które mamy do wyboru faktycznie różnią się między sobą – jak jest napisane, że wóz jest powolny, ale mocny i słabo skręca, a drugi ma zakręt 382 stopni i przyspieszenie 0,0002s do setki, to tak właśnie jest. A najlepsze jest, że na niektórych mapach lepszy jest ten wolniejszy, a na innych ten z lepszym przyspieszeniem i faktycznie czuć te różnice!
Wspomnę jeszcze o tym, że w grze sprzed 16lat mamy różną pogodę (raz świeci słoneczko, a raz szaro-buro jak w najgorszą polską jesień!) oraz różne pory dnia. No nic musicie mi wierzyć na słow, że o zachodzie słońca zawsze jedzie się szybciej, a w nocy rakiety jakby były celniejsze (albo tak mi się wydaję i kij, no dobra sam to wymyśliłem, ale i tak jest fajnie)



 
Mógłbym jeszcze napisać o świetnej muzyce, m.in. z fatboy slimem w roli jednego z twórców – ale! Niestety ta świetna ścieżka jest dostępna jedynie w wersji konsolowej, bo na pceta brakło licencji i pogrywa nam w tle jedynie dziwnie elektroniczna nuta, która jest… średnia.
Ale warto posłuchać tej z ps’a, jeśli ktoś lubi takie oldschoolowe klimaty.

 
 
Na koniec jeszcze mała truskawka na torcie – w Rollcage można pograć ze znajomymi i wypada to świetnie. Można grać po lanie/sieci, ale przede wszystkim można grać na podzielonym ekranie, jak w czasach, kiedy internety były tylko na dyskietkach Chucka Norrisa. Przy troszkę większym ekranie i dobrej imprezie, zabawa robi się kozacka – ekran podzielony nawet na 4 graczy (mózg wtedy płynie), prędkość, miazga, wybuchy i bluzgi na okrągło – POLECAM!
Zresztą przy grze multi jest też tryb deathmatch, gdzie dostajemy jedynie rakiety i wygrywa ten, kto ustrzeli najwięcej kumpli. Nie będę pisał jak fajnie się tak gra 🙂

I już na sam koniec końców, chciałem też napisać o duchowym następcy Rollcage. Grip – gra z wczesnym dostępem, tworzona w dużej mierze przez starych developerów Rollcage’a.
Wygląda ciekawie – chociaż mam wrażenie, że jakoś tej prędkości brakuje, ale może trzeba samemu zagrać, a nie wlepiać się w ekran!


link do STEAM

pozdro kloni


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial