thiwarofmine


warofmine*motto z gry

Pogoren – miasto o dość swojsko brzmiącej nazwie, gdzieś w Europie Wschodniej albo na Bałkanach? Gdzieś tam, gdzie toczy się wojna zapomniana przez resztę świata, gdzie sąsiad zabija sąsiada, gdzie ludność cywilna każdego dnia próbuje przeżyć na nowo. Przeżyć – dosłownie! Jeszcze nie dawno taki konflikt rozgrywał się w Bośni, dziś – trwa takich wojenek setka, ale kogo to obchodzi… W Bośni wciąż stoi mnóstwo budynków z dziurami po kulach i nikt ich nie naprawia – ku przestrodze… A wrażenie na żywo jest przerażające, tym bardziej, że tam wciąż ludzie żyją gotowi znów zarzynać się nawzajem – znów: DOSŁOWNIE

Bośnia, a właście Hercegowina

Bośnia, a właście Hercegowina


Gdzieś w takim mieście wojna wybucha się na nowo, a trójka „kolegów” z przymusu (ziomów na dzielni, czy innych ludków), rozpoczyna swoją próbę przeżycia tego konfliktu jako zwykli cywile. Nie żołnierze, nie wyszkoleni zabójcy, nie tona sprzętu, giwer i flaków, nie… Bezbronni ludzie, pełni uczuć, nadziei i woli przeżycia. I w to wszystko zanurza się poczciwy gracz.
 
 
day1 Marko, Bruno i Pavle odnajdują zniszczony dom, który może nadać się na ich prowizoryczną kryjówkę, może schronienie, dom? – chyba nie w najbliższym czasie, ale spróbują to zmienić!
Pierwszego dnia wszystko mija na przeszukiwaniach rudery i porządkach. Znajdujemy mnóstwo przydatnego sprzętu, trochę wody, żywność, prowizoryczną broń. Marko skleca małe stanowisko warsztatowe, taki z niego mcgiver – i za pomocą znalezionych narzędzi buduje prowizoryczne łóżko. Na razie desek starcza na jedno, ale zawsze to łóżko, a nie noc na zimnej podłodze. Bruno posklejał stary piecyk i ugotował jakieś żarcie – nie pytam skąd wziął mięso – ale zjemy jutro, nie jesteśmy tacy głodni, a jedzenia nie ma dużo i nie wiadomo, czy będzie więcej.
Zbliża się noc (tak szybko?!). Wszyscy decydujmy, że Marko jako posiadacz największego plecaka (chciałoby się napisać – wora!) wyruszy w miasto poszukać zapasów. Bruno będzie czuwał w nocy nad naszą kryjówką, a Pavle (lekko chory) prześpi się w nowiutkim łóżku (szczęściarz).

Mimo, że w oddali wciąż słychać gruchot dział, a horyzont co chwila wybucha przepiękną w ten makabryczny deseń, łuną; w ogrodzie płoną szczątki czołgu, a z dachu rozpościera się przygnębiająco-zapierający widok na zgliszcza miasta – jesteśmy pełni entuzjazmu. Dobrze przepracowaliśmy dzień i mamy już plan na kolejne! Będzie dobrze!



 

day2 Marko wrócił z całym plecakiem zapasów – wow jest tego trochę: deski, części, elektryka, trochę żarcia, fajki itp! Co prawda jedzenia nie ma w dalszym ciągu za dużo, więc póki głód nie wyżrę nam myśli, wciąż oszczędzamy i nie jemy! Teraz trzeba będzie skonstruować jakiś kolektor wody, bo niedługo może nam jej brakować. Zajął się tym Marko i po 2h pokazał swoje dzieło. FAK!!!! Ten matoł zamiast kolektora wody, zbudował bimbrownię… Trudno. Woda wciąż jest, a cukier też się znajdzie, więc nastawiliśmy produkcję wody…. OGNISTEJ!
Dzień szybko minął i już Marko szykował się do kolejnej wyprawy.
 

day3 Kij bombki strzelił!
this-war-of-mine-2016-10-17-19-13-12-88
Zaatakowano nas w nocy. Bruno jest dość mocno ranny i buchnęli nam trochę rzeczy. Pieprzyć to, damy sobie radę! Mamy opatrunki, a Marko znów przyniósł cały wór sprzętu.

Kolejne dni mijają na rozbudowywaniu naszej kwatery, pichceniu żarcia, którego jest już dosyć sporo; pędzimy alkohol i zbieramy wszystko, co się da. Odwiedził nas jakiś ziomek, z którym pohandlowaliśmy i trochę wartościowych, ale niepotrzebnych rzeczy, udało się wymienić na te najbardziej przydatne. Wszystko zmierza w dobrym kierunku, może jakoś przeżyjemy. Marko wciąż przynosi nowy sprzęt, mamy coraz bardziej zaawansowane narzędzie, zabezpieczamy dziury w całym domu, nawet udało mi się naprawić zepsutą gitarę, którą Marko gdzieś znalazł i można teraz w wolnej chwili walnąć se jakąś solówkę. A jak się znudzi można posłuchać przyjemnych rytmów z radia, które skleciliśmy z jakiś prowizorycznych drutów. W czasie zabezpieczania naszej kryjówki, grająca w tle muzyka działa naprawdę kojąco.
Odwiedziły nas też jakieś dzieciaki, że niby matka chora i proszą o leki. Może i chora, a może żebrzą i dają na handel, smarkacze! Ale mieliśmy trochę zbędnych środków, więc co mogliśmy, to dostały. Za wiele się nie ma i nie wiadomo, czy to faktycznie dla tej chorej matki, ale jakoś tak raźniej na serduchu, że pomagamy.



 

day8 Marko wybrał się do opuszczonego supermarketu. Wszystko szło gładko, aż natrafił na żołnierza próbującego zgwałcić kobietę szukającą żarcia. Najpierw chciał olać sprawę, ale nie wytrzymał i zatłukł gnojka łomem… Kobieta uciekła bez słowa, nie było nawet małego „dziękuję”. My wzbogaciliśmy się o strzelbę i dużą ilość amunicji, ale poczucie winy z zabicia człowieka wciąż wisi nad Marko i trochę też nad nami wszystkimi… Zabił człowieka… A może tak trzeba?



 

day11 Dołączył do nas Borys. Byliśmy niechętni, ale podobno stracił w walkach całą rodzinę i nie miał, gdzie się podziać, a że wielki jak tur czy tam niedźwiedź daliśmy mu szansę. Borys jest silny, więc może naprawdę dużo przenieść. W ostatnich dniach chodzi nam po głowie wyprawa do szpitala. Pewnie jest opuszczony, jak większość pozostałych miejsc w Pogoren, ale może tam być dużo leków, lub innych przydatnych rzeczy. Pierwsze misja dla Borysa i jego pakownych kieszeni!

Okazało się, że szpital wciąż działa, jest tam jakiś doktor, który każdemu pomaga, są też chorzy, których ten doktorek leczy. W szpitalu jest mało ludzi i przy odpowiednim ułożeniu drzwi można łatwo przeszukać większość szafek, a jest tam naprawdę sporo materiałów. Borys przyniósł tyle zaawansowanych lekarstw, broni, amunicji i sprzętu, jak nikt nigdy wcześniej! Wow teraz sobie pożyjemy! Tylko, że… Okradliśmy szpital i chorych ludzi! Na początku to do nas nie dotarło, ale Pavel pierwszy rzucił Borysowi moralniaka. Potem każdy miał mocne wyrzuty sumienia, łącznie z Borysem. I nikt już nie chciał tego sprzętu.

Także i ja


Takie tam krótkie streszczenie, czy tam podsumowanie pierwszej próby przeżycia wojny w This War Of Mine.
Taka gra niby sim, ale survival – wiadomo zarządzamy grupką ludzi: ten śpi, tamten zbiera, inny gotuje czy tam buduje; zbieramy zapasy, rozbudowujemy się, tworzymy coraz bardziej zaawansowane narzędzia i powoli stajemy się samowystarczalni – wszystko po to, by przeżyć kolejne dni wojny. Takie trochę simsy, a jednak zupełnie coś innego.
W każdej recenzji, czy tam opisie tej gry, znajdzie się fundamentalne stwierdzenia – gra poruszająca temat inny niż wszystkie, czy też podchodząca do tematu wojny z zupełnie innej strony.
Po setkach godzin niszczenia czołgów w pojedynkę, wycinania w pień nazistów, czy też mordowania hord cywilów, którzy nieopacznie wleźli nam pod piłę tarczową, tym razem sami stajemy się cywilem, ofiarą i jak ta biedna owieczka próbujemy przeżyć. Długo się zastanawiałem, ale chyba faktycznie nie było gry (albo nie było głośnej gry), w której można by było zagrać biednym cywilem, bezbronnym człowiekiem, na którego poluje setka wypranych z uczuć żołnierzy. A co najlepsze – te wszystkie odczucia, które towarzyszą ofiarom wojny, w This War of Mine zostały naprawdę świetnie odzwierciedlone. Klimat jest gęsty niczym zamarznięty kisiel!

Ta świetna atmosfera zaczyna się już od samej oprawy audio-wizualnej, której chyba nie można było w takiej grze wykonać lepiej. Ołówkowy krajobraz w szaro-czarno-białej poświacie, od czasu do czasu jedynie przerywanej jaskrawym kolorem, który jeszcze bardziej podkreśla te wszystkie szarości. A do tego całość jest naprawdę bardzo drobiazgowo oddana, przy czym część szczegółów jest ukryta za ołówkowym filtrem, a wtedy nasza wyobraźnia dorabia już resztę. Świetne krajobrazy zniszczonego miasta, majaczące gdzieś w oddali za głównym planem gry; dobrze oddane wojenne zniszczenia, rozpadające się budynki, a pośród tego wszystkiego malutkie drobiazgi w postaci jakiegoś słabo widocznego graffiti tudzież porzuconej lalki. Wszystko to w takim mini 2,5D, które nadaje tej grafice niesamowitej głębi. Gdy patrzę na te wszystkie obrazy, to naprawdę właśnie tak wyobrażam sobie zniszczone wojną miasto – nic dodać nic ująć.
Na to wszystko dochodzi udźwiękowienie w postaci odległych wybuchów, cichych melancholijnych dźwięków smutnej muzyki tła, czy też taki bajer jak nastawienie radia i słuchanie muzyki danej stacji razem ze swoimi bohaterami.

Ale ta cała otoczka artystyczna to tylko ułamek całości, która składa się w wielką wojenną zawieruchę. W tej grze chodzi o próbę doświadczenia, czy też odczucia uczuć, jakie mogą towarzyszyć cywilom w czasie wojny; chodzi o to, by poczuć tę beznadzieję, te moralnie niewyobrażalnie trudne decyzję – innymi słowy byśmy jako gracz poczuli na własnej skórze ciężar decyzji i uczucia ofiar wojny. I to się tej grze udaje bez mydła.

This War of Mine jest brutalnie prawdziwa i realistyczna – ale nie w swojej mechanice, ale w tworzeniu klimatu targanego wojennym konfliktem miasta. Chyba żaden survival nie może być realistyczny do bólu i tutaj też znajdzie się mnóstwo uproszczeń (brak toalety, czy tam możliwość wybudowania skraplacza deszczówki w…. piwnicy :]); ale realizm tego survivalu tworzy cała otoczka i uczucia, na których gra próbuje cały czas grać (ale wydumałem!).
Po kilku nieudanych podejściach, miałem już plan na rozgrywkę, wiedziałem co kiedy i gdzie pobudować by zoptymalizować nasze działania – i nagle gra zaczęła mi się szybko nudzić! Zrozumiałem, że nie chodzi o zwykły survival czy też zarządzanie grupką ludzi, tutaj ważna jest spontaniczność, przemyślenia naszych bohaterów i wszystko to, co dzieje się wokół. Kiedy zacząłem grać z powrotem na luzie, bez spiny, wsłuchując się w całą otoczkę tej gry, na nowo wróciłem do zabawy. Bo oto w tej grze chodzi.


Nauczyłem się też bycia mega ostrożnym i zachowawczym, tak jak powinien zachować się człowiek w czasie niebezpieczeństwa. W innych grach łapiesz granatnik i sruuuuu na dwudziestu przeciwników – na pewno się uda! Tutaj się nie uda… a śmierć często kończy naszą zabawę, a przynajmniej wrzuca naszych pozostałych kompanów do jeszcze czarniejszej dupy.
W jednej rozgrywce stwierdziłem, że zaciukam żołnierza nożem z ukrycia i zdobędę karabin i naboje, których mi brakowało do obrony mojego lokum. Niestety przeliczyłem się i zginąłem… Ale postanowiłem grać dalej dwójką pozostałych bohaterów. Grając jednak we dwóch nie zdążyłem naznosić dostatecznej ilości drewna przed zimą i napalić w piecu – drugi ziomeczek zamarzł w nocy, a trzeci popełnił samobójstwo w rozpaczy po pozostałych – end of game. I każdy kolejny ninja pomysł kończył się podobnie.

No i najważniejsza część gry – moralne kopnięcia w jaja, jakie ta gra postanawia zapodać nam przy każdym możliwym zagapieniu się. Przykłady (podam ze dwa, by nie psuć zabawy) – gdy spoktałem żołnierza próbującego zgwałcić dziewczynę; na początku chciałem to olać, ale w końcu mnie ruszyło i go zatłukłem, a od dziewczyny nawet „pocaluj się w dupę”, za to tysiąc depresyjnych komentarzy bohaterów na temat zabicia człowieka – to naprawdę może dać to myślenia. Albo kiedy obrabiałem domek pewnych staruszków, a dziadeczek chodził za mną bezradny i prosił – „nie okradaj nas, umrzemy bez jedzenia”, „zostaw leki mojej żony, ona umrze bez nich” – po kilku takich tekstach naprawdę stopniałem i zostawiłem połowę żarcia w lodówce. Wiem, że nic to nie zmienia dla mechaniki gry, że oni dalej tam sobie będą żyć, ale jakoś tak nie mogłem.

Jasne, można to wszystko olać – wykorzystać mechaniki gry w taki sposób, żeby wszystkich pozabijać, a przy tym nie popaść w depresję, zgromadzić dzięki temu tonę zapasów i w sumie przejść grę na luzaka olewając wszystkie te wybory moralne. Można… Ale jeśli ktoś zamierza tak grać, to radzę dać sobie spokój, bo gra bez tej całej otoczki szybko się nudzi i nie jest niczym więcej niż ubogim kuzynem the sims.

Po wielu próbach w końcu dość łatwo przetrwałem wojnę, a dojście do końca dla jednej drużyny (bo jest kilka zestawów bohaterów) zajęło mi jakieś 14h zabawy (w tym czasie doznałem kilku fejli), a był to naprawdę świetnie spędzony czas. Podoba mi się, że w tej grze jest bardzo dużo przeróżnej losowości – to kiedy pojawi się zima, kiedy nas zaatakują, kogo spotkamy, a nawet jakie rzeczy będzie miał na wymianę handlarz – to wszystko jest losowe i sprawia, że każda próba gry jest zupełnie inna. Czasem taki mały pech, że handlarz nie przyniósł drewna ze sobą, może przeorać naszą taktykę do góry nogami.

This War of Mine – gra pokroju sim-survival, czyli próby zarządzania grupą i doprowadzenia jej do końca wojny. Gra, gdzie jesteśmy ofiarami i próbujemy po prostu przeżyć w straszliwej rzeczywistości. Prosta mechanika otulona w niesamowity wojenny klimat, z wyborami moralnymi i wieloma umoralniającymi tekstami, przeżywaniem i tysiącem uczuć. Gra, która znudzi się przy próbie przejścia na terminatora, bo This War of Mine to portret życia w okupowanym, objętym wojną mieście z wszystkimi strasznościami jakie takie życie oferuję. Tym samym to gra, którą trzeba przeżyć i zagłębić się, czasem zadumać i zastanowić. Mocna, ale tylko wtedy, gdy będziemy chcieli włączyć naszą empatię – a warto!
Czasem nie chodzi o to czy dojdziemy do końca, ale w jaki sposób to zrobimy, nawet jeśli faktycznie do mety nie dotrzemy…


kloni


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial