6isbetter12

Powiem, a właściwie napiszę tak: już od dawna czyhałem na tę gierkę, ale cena jakoś mnie nie zachęcała. Na szczęście promocje coraz lepsze, więc w końcu trafiło się ślepej kurze ziarno. Pięć godzin strzeliło niczym z bicza w gołe poślady upitego meksykańca, a ja jestem mega zadowolony z wydanego grosiwa. 10zł za 5h świetnej zabawy? Wow – biere to!
Czy gra jest warta więcej? Ciężko mi oceniać, ale myślę, że w promocji warto zagrać.

No cóż „12 jest lepsze od 6” to taki typowy-nietypowy przedstawiciel tzw top-down szuterów – czyli widok z góry, ekran się przesuwa, a my naginamy w górę, w dół albo na boki i kosimy wszystko, co się rusza na milion sposób i w różnych modyfikacjach w zależności od widzimisię autorów. Hotline Miami to chyba najbardziej znana modyfikacja tego typu gier, ale kiedyś tym „gatunkiem” rządziło GTA numer łan!

To, co mnie przykuło do tej gierki, to przede wszystkim charakterystyczna oprawa artystyczna. Całą grę pochłania kreskówkowa stylistyka w biało-fioletowych odcieniach, a kontrast rzuca krwista (TAK KURNA!) krew! Połączenie tej dwukolorowości z wszędzie bryzgającą czerwoną juchą naprawdę daje czadu. Do tego dochodzi ciekawa szczegółowość kreowanego świata – jak chociażby widoczne splunięcie naszego ziomala, kłęby dymu z fajeczki, czy też słodko przewracające się krzesła, albo chrumkające świnki. Niby nie ma tutaj pełnej dowolności i nie można rozpierniczyć w drobny mak każdego napotkanego płotka, ale takie szczegóły jak możliwość przerobienia trzody chlewnej na golonkę, przewracanie stołków, czy wyrzucenie przeciwnika za okno – naprawdę dodaję pewnej (ograniczonej, ale jednak) autentyczności.
A na koniec ten specyficzny rzut planszy równolegle z niebios, gdzie widzimy jedynie kapelusze i ewentualne wystające giwery, a także płynnie sunąca za naszym bohaterem kamera! To wszystko dodaje grze pewnego rodzaju „flow”, ale też dokłada taką małą nutkę tajemniczości, tak ważnej na pełnym maczo Dzikim Zachodzie! O takich niewartych szczegółach jak pourywane dynamitem części ciała, tudzież inne obrazki anatomii postrzelonego człowieka, nie będę nawet pisał.


Fakty są niezaprzeczalne – jeśli ktoś choć trochę lubi strzelanki w takim rzucie kamery, a do tego kompozycja grafiki ze screenów porywa jego gusta – nie ma co się zastanawiać – na pewno gra porwie i jego samego na te 5h, niczym Billy the Kid porywający pociąg za pięć dwunasta do Yumy (czy jakoś tak).

Poza tym gra zaskoczyła mnie jeszcze czymś. Mamy tutaj bardzo ciekawą mechaniką strzelania, która jeszcze bardziej dodaje klimata. Jak przystało na Dziki Zachód i obecne natenwówczas bronie – nie ma możliwości naginania karabinem maszynowym 50000000 naboi na sekundę z nieskończonym magazynkiem i pokotem wrogów w morzu krwi i fantazyjnie bryzgającej posoki! Żeby strzelić rewolwerem trzeba najpierw odciągnąć spust, bo w tamtych czasach dopiero wymyślano automatyczny mechanizm bębenka w colcie. Podobnie wygląda sprawa strzelb. Każdy nabój trzeba osobno przeładować (nie mylić z przeładowaniem magazynka). Wygląda to tak, że wciskamy prawy przycisk myszy odciągając spust i lewym strzelamy, a przy kolejnym strzale, znów trzeba zacząć od prawego przycisku i tak w kółko. Pogięty pomysł? Wręcz przeciwnie! Po pierwsze nie jest łatwo do tego się przyzwyczaić i gra w cale nie jest taka prosta (nawet przy momentami debilnej sztucznej inteligencji), po drugie nadaje to naprawdę fajnego klimatu westernów, po trzecie odpada nam mechanizm walki na zasadzie „wszystkich do kupy, seria z magazynka i posprzątane”. Znów pachnie tu próbą uautentycznienia klimatu Dzikiego Zachodu, bo pojedynki 1vs1 czy 1vs2 naprawdę są wymagające, a gracz nie jest terminatorem miażdżącym całe armie alienów czy innych korporacji. Dzięki takiej mechanice naprawdę ciężko walczy się z więcej niż 2-3 przeciwnikami na raz, a każdy większy hałas powoduje, że kumple bandziory szybko się zlatują i mamy przesrane. Przez takie rozwiązanie, pomimo wspomnianej słabej sztucznej yntelygencji, czasami naprawdę trzeba trochę pokombinować i pobiegać lub nawet poskradać się, zanim wszystkich wykończymy.

A na koniec ta cała mechanika wymusza też drugi rodzaj sposobu na grę – wspomniane skradanie się. Załażenie przeciwników od tylca, albo zaskakiwania ich we śnie umiejętnie wsadzonym kozikiem między żebra, daje miłą radochę z gry. Nie będę wspominał o możliwości używania łuku, czy też kilofa tudzież łopaty, co w sumie również działa nad wyraz sprawnie i w niektórych etapach gry jest miłą odskocznią, a nie jest tylko kolejnym odfajkowanym mechanizmem obok pistoletów.

12 is better than 6 to taka kwintesencja Dzikiego Zachodu. Jest tu wszystko – mocne i sztampowe gadki, whiskey, pościgi, Indianie, żółtki w kopalni, religijni fanatycy w swych drewnianych kościółkach, napady na pociąg, wysadzanie kopalni, forty pełne żołnierzy itd itp i jeszcze więcej. Wszystko to, co w każdym Westernie już było, bo być po prostu musiało. Klimat daje radę.

Niestety, przy bardzo charyzmatycznym i ciekawie wykreowanym głównym bohaterze, cała fabuła okazała się dla mnie chaotyczna, śmieszna i po prostu nudna, żeby nie powiedzieć słaba.
Ale co mnie zdziwiło? Jestem fanem gier, które przekazują coś więcej, które daję pewną nutkę ciekawej historii – i gdyby tutaj taka była, to ta gra byłaby prawdziwą perełką. Kiedy jednak w grze tego wszystkiego brakuje, to po prostu szybko mi się ona nudzi. Tutaj z kolei, pomimo wołania o pomstę do Johna Wayne’a przy kolejnej porcji fabuły i następnym dialogu, wciąż jednak grałem dalej! Bo grało mi się po prostu nad wyraz dobrze. Fajnie się strzela, miło się skrada, super robi się kolejną rozpierduchę w pociągu itp. Naprawdę z miłą chęcią dotrwałem do końca (nawet nie tak mizernego jak się spodziewałem, ale jednak nie urywającego nogi).

Skoro już narzekam, napiszę tylko, że spodziewałem się trochę lepszej muzyki, która po prostu, wedle mojego słabego gustu, średnio podpasiła w tej grze. Ale w sumie przy kolejnych hordach Indian czy bandziorów, jakoś przestawałem na nią zwracać uwagę.


Nie będę przeciągał, bo gra jest krótka, miła i przyjemna. Warto zagrać, warto odstresować się po pracy, w przerwie po kolejnej krucjacie przeciwko obcym, tudzież filozoficznych fabułach niszczących osobowość gracza wyborami moralnymi. Gra z bardzo przyjemną i charakterystyczną oprawą graficzną, z klimatem dzikiego zachodu wylewającym się z każdego koryta, fajną mechaniką strzelania, która nadaje grze charakteru, niepowtarzalności i mimo czasami słabego AI – będąca momentami niemałym wyzwaniem. Gra dla każdego kto lubi klimaty Westernów, komu podobają się screeny, kto lubi postrzelać i zrobić ostrą jatkę. Może nie porywa historią, ale na pewno daje poczuć smród saloonu i prerii.

Aha – grę przeszedłem, jak pisałem, w jakieś 5 miłych godzin, ale jest też opcja Areny, czyli generowanych losowo lokacji, gdzie próbujemy przetrwać zabijając kolejne fale różnych przeciwników – też fajne!

pozdro kloni.


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial