guaca

Gucamole to z języka Azteków sos z awokado. I w sumie nic dodać nic ująć – guacamole to taka miazga z awokado i limonki z dodatkiem soli, a często też papryki, chilli, tudzież pomidorów. Całość w każdym wydaniu smakuje wybornie i do tego jest mega zdrowe – polecam!

Z kolei Guacamelee to też taka miazga wszystkiego, co pochodzi z Meksyku i po dłuższym pograniu – również smakuje wybornie!
Z języka „starych pierdów” mamy tutaj platformowo-zręcznościową grę w 2D (tudzież 2,5D), a wedle nowej nomenklatury Gucamelee to prosta, zwykła (lub nie!) metroidvania. Czyli naparzamy w lewo, w prawo, do góry i na dół, skacząc, siecząc i zbierając upgrejdy, po to, by przebiec pół mapy z powrotem i wleźć tam, gdzie bez podwójnego skoku (dopiero co nauczonego) wejść się nie dało – i tak, aż do końcowego bossa! Niby nudne, niby znane, a wciąga.
Gucamelee jednak nie do końca jest taką typową metroidvanią i w sumie dobrze!

Przede wszystkim nie czuć tego wielkiego backtrackingu. Nie biegniemy tu na koniec wywalonej w kosmos mapy, żeby zdobyć umiejętność otwierania drzwi, które z kolei są… no jacha, że na samiusieńkim drugim końcu tej pieprzonej mapy! I sru od nowa wszystko po kolei przeskakiwać, przełazić i zabijać tych samych wrogów – fuj fuj fuj! Tutaj mechanika jest świetnie pomyślana i zaprojektowana. Ofkors mamy cały asortyment skoków, slajdów, dobul dżampów i innych skilów, które po kolei nabywamy, i dzięki którym możemy eksplorować coraz dalsze zakątki świata, ale! Świat ten jest tak pomyślany, że w sumie każda kolejna umiejętność pcha nas do przodu (w sensie, że nie do tyłu hehe). Kolejna niedostępna lokacja to progres i nie ma potrzeby wracać, by się do niej dostać. Cały czas czuje się stopniowy postęp gry, a nie konieczność zwiedzania mapy we w tą i tamtą. Często też pojawiają się checkpointy oraz teleporty, a także najróżniejsze skróty, dzięki którym nie trzeba nadkładać drogi. No fajnie!
Na koniec jest jeszcze umiejętność przełączania się między światem żywych i umarłych, co sprawia, że te same lokacje w zależności od filtru w jakim ją oglądamy (świat żywych czy umarłych) wyglądają zupełnie inaczej i dają też zupełnie inne możliwości. Nie będę nawet tłumaczył jak dzięki takiej technice zmienia się mechanika gry – choćby walka z dwoma przeciwnikami na raz w dwóch różnych wymiarach, gdzie trzeba co sekundę dany wymiar zmieniać, by unikać ciosów, czy też je zadawać – OSOM! To wszystko sprawia, że cały czas pniemy się do przodu i czujemy ogromny progres zarówno postaci, jak i samej historii, czy też rozgrywki.


W grach stylu metroidvanii ważna jest też sama klawiszologia, czy tam dobrze poukładane przyciski na klawce. Wiadomo, że tutaj kontroler rządzi, ale ja, jak przystało na tru masta race pecetowca, grałem na klawiaturze (bo po prostu nie chce mi się kupić tego głupiego pada!) i… w sumie grało mi się świetnie. Klawisze i ilość umiejętności oraz ich łączenie jest dobrze dobrane i nawet na klawiaturze gra się dość przyjemnie – co mnie nawet bardzo zaskoczyło. Niczego tak nie znoszę, jak ustawiania skakania pod spację, gdzie łączenie potem skoku z tysiącem innych skilów łamie nadgarstki i wygina zwoje nerwowe… A tutaj jest luźno i miło. Co prawda w niektórych lokacjach jest też kilka sekwencji powodujących wyskok żyłki na czole – skok, podwójny skok, odbicie od ściany, przełączenie wymiaru, ominięcie kolców, kolejna ściana, kolejne przełączenie wymiaru i tak 28 razy + 36 przeciwników i ….. spociłem się pisząc o tym… Ale po przejściu takich lokacji byłem królem w swoim małym pokoju (iha!).
W tym wszystkim jest też miejsce dla grania w co-opie, czego nie wypróbowałem, ale mam wrażenie, że wznosi tę grę na kolejny poziom rozrywki.

No dobra – wspomniałem też gdzieś tam wyżej o historii. Chciałem napisać, że Guacamelee ma świetną fabułę, ale to raczej mocne naciągnięcie. Bo fabuła jest zwykła, prosta, śmiechowa, przewidywalna, ale może przez to wciągająca? Jest też jednak coś jeszcze, co sprawia, że w tę prostą historię wsiąka się bez mydła – mam tu na myśli świetnie wykreowanych bohaterów tego dramatu. Przeciwnicy, których spotykamy, mają ciekawie napisany życiorys, cele do których dążą, a wszystko to ukazują w cudownie napisanych dialogach. Humor i bardzo skonkretyzowani bohaterowie mocno przyciągają gracza (mnie przynajmniej) przed monitora! No a samo zakończenie jest po prostu – ech – nie będę pisał, bo ktoś się nastawi i potem będzie zawiedziony, ale mi się mega podobało. Poza tym mamy też kilka śmiesznie zaaranżowanych mini misji pobocznych, które również cieszą japę. Brak dziś gier z tak prostą, a zarazem dobrze napisaną fabuła, z dobrze nakreślonymi bohaterami i mocnym, niebanalnym zakończeniem – viva mehiko!

No właśnie – MEKSYK! Zacząłem o guacamole, czyli meksykańskiej potrawie (to Hiszpanie ją przywłaszczyli od Meksyku!), bo cała gra od tytułu po wszystko w środku i na końcu, przesiąknięta jest meksykiem do granic. I świetnie jej to wychodzi.
Meksykańskie rytmy, meksykańska muzyka, meksykańskie teksty w dialogach, meksykańskie obrzędy itede itepe. Nawet kolorowa grafika jest dla mnie w pytę meksykańska – w tym bombowe przerywniki, kiedy np. udaje nam się zdobyć nową umiejętność. Jasne, nie każdy lubi taką stylistykę, więc jeśli ktoś nie przepada – no cóż cała gra kipi Meksykiem po majty i trzeba wtedy pomyśleć o innym tytule.

Zresztą nie tylko oprawa uszy-oczy jest meksykańska. Cała historia i otoczka gry opiera się mocno o meksykańską kulturę. Zaczynając od meksykańskich fiest, a kończąc na specyficznym podejściu do świata duchów i umarłych.
Chyba prawie każdy wie (a jak nie, to zaraz przeczyta), że Meksykanie mają troszkę inne podejście do świata zmarłych. Meksyk jest państwem chrześcijańskim-katolickim, jednak z bardzo mocnymi wpływami religii plemiennych i starodawnych rytuałów, czy obrzędów (jak zresztą w każdej kulturze). Święto zmarłych z kolei jest obchodzone w Meksyku z pompą, na wesoło, hucznie jak pełnoprawna imprezka! To połączenie różnych kultur sprawiło, że dziś w Meksyku śmierć i świat duchów jest z jednej strony bardzo ważny i istotny, z drugiej jest on wszechobecny i kojarzony z radością i zabawą (bo przecież cieszymy się, że bliscy przechodzą do życia wiecznego z tego smutnego padołu!). No i ten klimat również odczuwa się w grze.
smierc

Na marginesie świata gier i ogólno-pojętej kultury. Meksyk jest do dzisiaj krajem silnie katolickim, jednak dopiero w 1992r. rząd przywrócił część przywilejów kościoła, który przez wiele lat XX wieku był mocno prześladowany. Katolicyzm najpierw zakorzenił się dzięki hiszpańskim konkwistadorom i misjonarzom, którzy niestety nierzadko krzewili wiarę nie tylko miłością. Później, nie wiedząc czemu (a może wiedząc), na początku XX wieku meksykańscy politycy postanowili mocno odciąć państwo od religii, wydając w tym celu szereg dekretów znacząco ograniczających kościelną władzę. W konsekwencji dochodziło nawet do pogromów księży i niszczenia kościołów przez państwo. A to z kolei doprowadziło do wielkiego chrześcijańskiego powstania – Cristero. O tych wydarzeniach powstał dość mocny i warty obejrzenia film – Cristiada z Andy Garcią i Evą Longorią w rolach głównych (naprawdę warto zobaczyć), który znów wiedząc dlaczego, bądź nie, został mocno wyciszony w wielu krajach Europy i w samym Hollywood.
 

cristiada

Ale wracając do gry – Guacamelee porusza jeszcze jeden ważny meksykański temat – Lucha Libre. Czyli specyficzny rodzaj walk zapaśniczych. Zapasy te, to dziś również ważna część kultury meksykańskiej, a główny bohater gry to przecież Luchador – czyli zapaśnik pełną gębą, a właściwie maską!
Meksykańskie zapasy rozwinęły się jakoś na początku XX wieku mniej więcej równolegle zarówno w Meksyku jak i w USA oraz Japonii. Rozwój sztuk walki był spowodowany dużą emigracją powojenną, gdzie napływający emigranci przywozili do nowych krajów cząstkę swojej kultury i sposobu na rozrywkę. A taka mieszanka tworzyła często wybuchowy charakter. Lucha Libre oprócz różnych zasad charakteryzuje się obecnością strojów, a w szczególności masek – chociaż są też zapaśnicy bez przebrania. Maski te stały się wizytówką Lucha Libre i są częścią specyficznego zapaśniczego kodeksu. Zapaśnicy walczyli lub wciąż walczą cały czas w tych samych maskach, które z kolei stają się ich wizytówką. Często w walkach o mistrzostwo oprócz tytułu na szali zwycięstwa stawiano swoje maski. Po przegranej walce zapaśnik nie mógł jej już nigdy założyć. Najsłynniejszy Luchador to chyba Rodolfo Guzmán Huerta czyli el Santo – człowiek, który nigdy nie zdejmował maski. Podobno spał w niej i brał prysznic (no no). Zdjął ją publicznie tylko raz, już na emeryturze, tuż przed śmiercią w pewnym programie telewizyjnym. Prawdziwa ikona zapasów w Meksyku.
elsanto
maska

CD. JUAREZ CHIHUAHUA, SEPTIEMBRE 30 DE 2015 // Lucha Libre Profesional.
Foto: Gabriel Cardona

No, a w Guacamelee gramy właśnie zamaskowanym zapaśnikiem, i z kilkoma też się mierzymy. Może nawet uda wam się sprawić, by Luchador zdjął swą niebieską maskę.


Azaliż czas podsumowań – Guacamelee to świetna zręcznościowo-platformowa gra w stylu lekko zmodyfikowanej metroidvanii, cudownie zbalansowana i dająca wiele satysfkacji. Gra przesiąknięta klimatem Meksyku od oprawy po historię i głównego bohatera. Dla fanów tego typu gier, ale też dla tych, którym wpada w oko oprawa wideo, uwielbiają meksykańską fiestę, czy też chcieliby spróbować czegoś innego, co nie tylko wykręca palce, ale też daje mnóstwo zabawy z toczącej się w tle fabuły. A być może ta gierka skłoni kogoś do przejżenia wikipedii z hasłem „meksyk” czy też „lucha libre”, bo jak zwykle – gry to nie tylko czysta młócka, ręka, noga, mózg na ścianie.

Pozdro kloni!


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial