deathwing1

Jeśli ktoś po przeczytaniu wstępu z głównej lub obejrzeniu poniższego trailera ma pełne majty tudzież wspomniane ciary na plecach. Albo na samą myśl o wyruszeniu wraz terminatorami z oddziału Skrzydła Śmierci na samobójczą misję pełną honoru i chwały, już dawno się spakował – niech się nawet nie zastanawia, bo Space Hulk: Deathwing jest jego przeznaczeniem.
A jeśli z kolei ktoś jest fanem uniwersum Warhammer 40000 i już wytknął mi 5 błędów merytorycznych ze wstępniaka, niech również porzuci wszelkie wątpliwości – ta gra opływa światem WH40k jak żadna inna i po prostu każdy fan uniwersum musi w nią zagrać i kij!

Jednakże, gdy powyższe opisy Cie nie dotyczą, a mimo to trafiłeś tu, bo szukasz ciekawej gierki do pogrania i zastanawiasz się czy warto dać szansę Space Hulkowi – czytaj niżej! Bo gra nie jest idealna i niestety nie każdemu amatorowi FPP podejdzie.


 

Nie jestem jakimś wielkim fanem tego uniwersum, w sensie nie znam szczegółów poszczególnych nacji, imion bohaterów i najmniejszych sekrecików z ich życiorysów, a jednak świat Warhammera 40tys. ma w sobie coś, co przyciąga i po prostu go lubię.
Kiedy pierwszy raz obejrzałem trailery i epatujący z nich patos, powagę, testosteron i badasowatość – wiedziałem już, że w tę grę muszę zagrać. Niestety kolejne recenzje, doniesienia czy też pierwsze opinie graczy były średnio zachęcające. Do tego po obejrzeniu kilku letsplejów byłem lekko zawiedziony (i pisząc lekko mam na myśli w pytę dużo!). No jakoś ten gejmplej wydawał się nudny, słaby, mało imersyjny. Wszystko błyska, lata, nic nie widać, nie wiadomo o co chodzi i w ogóle bezsensu ta gra. Mimo to kupiłem, zagrałem…. i bawiłem się niesamowicie! Jednak po przegraniu kampanii singleplejer (9 misji w jakieś 9h) mogę śmiało powiedzieć, że jest tu sporo rzeczy, które chętnie bym poprawił, jest też trochę błędnych decyzji deweloperskich itepe itede – no nie jest to gra dla każdego i wielu graczy może od siebie odrzucić. Ale po kolei!

Space Hulk: Deathwing to pierwszoosobowy szuter z elementami taktyki podczas zwiedzenia korytarzy zniszczonych statków kosmicznych wraz ze swoimi dwoma komputerowymi (lub w co-opie) towarzyszami, szukając reliktów ludzkiej przeszłości i miażdżąc hordy obcych!
Co pierwsze uderza w tej grze? Niesamowity klimat lokacji, które zwiedzamy. A trafiamy na space hulk, czyli niby takie złomowisko najróżniejszych statków kosmicznych, które gdzieś tam zaplątały się w pod/ czy tam nadprzestrzeni i zezłomowały się na wieki wieków. Przemierzamy korytarze metalowych konstrukcji, magazyny, wielkie oszałamiające katedro-podobne pomieszczenia, maszynownie pełne ogromnych wciąż działających mechanizmów i inne tysiące tuneli czy pomieszczeń kosmicznych flotylli. A wszystkie te lokacje są czadersko zaprojektowane. Klimatyczny korytarz zanurzony w wydobywającej się z rur parze, ogromne pomieszczenie z gotyckimi witrażami i jakąś niewyobrażalną statuą skąpaną w przedziwnym świetle tychże witraży, przepastne maszynownie pełne leniwie obracających się kół zębatych – a to wszystko zniszczone, przyprószone starością i zapomnieniem. Całość jest spotęgowana czadowymi efektami dźwiękowymi! Serio! Dawno nie grałem w gierkę z tak świetnym dźwiękiem – a to jakiś pisk plugawych potworzysk, a to stukot wykręcanego metalu, a to osypujący się gruz – do tego złowrogie tupanie naszych zbroi i szum nakręcającego się mechanizmu miniguna – no miód malina! Mam wrażenie, że dźwięk stworzyli tutaj jacyś fetyszyści odgłosów. Są tutaj m.in. niewidzialne (częściowo) potwory, które oznajmiają swój atak dźwiękiem, a relikty (czyli warhamerowe znajdźki) znajduje się właśnie dzięki nasilającym się odgłosóm przedziwnych szeptów.
A na koniec wspomniany, rozchodzący się echem po całym statku, TUPOT. Tupot, który gdyby mógł mówić, wykrzyczałby „spieprzać wszyscy, bo terminatorzy idą i zaraz was zmiażdżą!”. Tak – tutaj bycie prawdziwym skurczybykiem czuć na każdym kroku (KROKU – ale suchar heheszki).


Całość – czyli stworzone lokacje, ich projekt, grafika, udźwiękowienie – tworzy przecudowny klimat takiego połączenia „Obcego”, „Prometeusza” i „Katedry” Bagińskiego. Przy czym w Space Hulk – to obcy się nas boją!

Tutaj mała uwaga – z powodu składowych tego całego klimatu, obecne na YT letepleye/gamepleye w moim odczuciu nie oddają ducha tej gry i są średnio nudne. Mnie wręcz odrzuciły od tej gry! A kiedy już zagrałem osobiście, byłem zszokawany, jak wiele traciłem jedynie oglądając przekaz na YT.

No i dochodzimy do drugiej istotnej części tej gry – bycia przebadasem najbadasowniejszych badasów. Nie ma bardziej przekozaczonych wojowników niż ci panowie, którym dowodzimy. Ziomki umierają z pieśnią na ustach, brodzą po pachy w morzu ciał obcych, a do zagłady używają broni wielkości Pudziana (i trzymają ją w jednej ręce, bo w drugiej trzeba trzymać jeszcze większą pałę!). Jeśli ktoś ma syndrom mniejszości i chciałby się wyżyć lub odstresować, to chyba nie ma lepszej gry;)

A żeby jeszcze bardziej wyeksponować wykozaczonych terminatorów ze Skrzydła Śmierci, stworzono przepięknie do nich pasujący gejmplej. W tej grze przemierza się pomieszczenia i korytarze… i zabija…. hordy, nie… hektomiliardotony obcych. Jak już nas zaatakują, to wręcz tonie się w ciałach i posoce, flaki bryzgają, łuski lecą, a magazynki się nie kończą. Tylko uśmiech wciąż pozostaje na gębie.
Uczucie miodności użycia broni jest świetne. Nasza broń ma nieskończone magazynki i w sumie bardzo dobrze to funkcjonuje, i nawet wiele raz przychodzi żal i wkurzenie, że musimy przeładowywać kolejne naboje, a w czasie tych kilku sekund nasi towarzysze giną zalani falą obcych. Serio – są w tej grze takie momenty, że przez 2-3 minuty po prostu napierniczamy ciągłą serią w lewo i prawo, z przerwą na szybki reload i psioniczny czar, a trup pod sufit dochodzi i uszy odpadają od huku broni. I powiem wam, że taka mechanika w połączeniu z tym wyżej opisywanym klimatem gry, tworzy świetną grywalność! Na małym marginesie – oprócz wielkich pukawek (ten cudowny miotacz płomieni – lovem!), jest też dostępna broń biała. I może walka młotem jest chaotyczna, a z ekranu nic nie widać, to… też jest fajnie!

Niestety gra nie jest pozbawiona wad. Nie będę jednak ich punktował, bo co dla mnie jest wadą dla innych może być zaletą itd.
O optymalizacji również nie będę się wypowiadał (a co!), aczkolwiek zdarzały mi się dziwne frizy w pustych pomieszczeniach, gdzie z kolei przy setce wrogów na ekranie żaden spadek wydajności nie miał miejsca. Fabuła może być i fajnie, że jest. Nie tłumaczy jednak za wiele i operuje slangiem uniwersum Warhammera – co według mnie dodaje jeszcze większej głębi. Ale! Dla fana tego świata na pewno jest to smaczek, mi jako osobie umiarkowanie lubiącej to uniwersum, taki zabieg w miarę odpowiada (a wręcz chciałbym więcej, głębiej i zawilej), to jednak ktoś kto szuka czegoś nowego i nigdy WH40k za bardzo nie obczaił – może odbić się od gry niczym xenos od pancerza terminatora. Gdy ktoś nie przepada za tym światem lub nie lubi wyżej opisywanego klimatu to po prostu może szybko znudzić się przemierzaniem nawet najlepiej zaprojektowanych korytarzy i czystką jatką, dodatkowo przy słabo działającej AI naszych pomocników i średniej próbie dołączenia taktyki do tego wszystkiego.


Space Hulk: Deathwing to gra dla wszystkich mniejszych i większych fanów uniwersum czterdziestotysięcznego młotka. To także gra, dla kochających klimatyczne lokacje rodem z Obcego czy innego dark science-fiction. To gra pełna patosu, honoru, bezpardonowej walki i bycia jednym wielkim testosteronem. To taki Serious Sam (bez obrazy dla fanów obu gier), tylko, że osnuty w cudowną otoczkę przeklimatycznego świata 40K WH. Deathwing to gierka dla ludzi chcących poczuć się wojownikiem okutym w pancerz, pozbawionym strachu terminatorem, który wypruwa z obcych flaki niczym niteczkę ze zmechaconego sweterka. To FPP, gdzie z krzykiem na ustach wciskamy lewy przycisk myszy i puszczamy go po pięciu minutach dopiero, gdy wszyscy przeciwnicy leżą nam u stóp.
Pomimo próby wprowadzenia taktyki w postaci możliwości zamykania drzwi, czy obsługi działek – Space Hulk nie jest taktyczną strzelanką i myślę, że nie zadowoli osób pragnących od FPP czegoś więcej.
To po prostu najczystsza rozrywka – pełna klimatu, cudownie wykreowanych lokacji, świetnego udźwiękowienia, przepysznych bohaterów i tony miodnej mechaniki strzelania i mordowania.

Warto – ale na luźno, wieczorem, ze słuchawkami na uszach, po ciężkim dniu – by chłonąć tę atmosferę i razem terminatorami ze Skrzydła Śmierci krzyczeć „śmierć!” i cieszyć się niby pustą, a jakże przemiłą rozrywką.

PS W grze dostępny jest multiplayer (nie grałem) – ale po opiniach, jak i sposobie rozgrywki singleplayer śmiem wątpić żeby był dobry. Space Hulk to po prostu dobra rozwałka przy niszczeniu zerglingów w klimatycznych lokacjach, a nie nawalanie się nawzajem po kątach.
Jest też możliwość grania w kooperacji i mimo, że nie miałem okazji tak zagrać (nikt ze mną nie chce grać buuuu), to myślę, że jest to świetny wybór. Jednakże ten co-op nie zapewnia taktycznej rozkminy na miarę Rainbow Six, a raczej będzie czystym mordorem, gdzie stojąc we trójkę plecami do siebie w zapomnianym korytarzu, na nowo odkrywa się znaczenie wyrażenia „braterstwo broni”.

pozdro, kloni.


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial