dishonored2

Może zanim zacznę się rozpisywać na 124 strony ciurkiem – walnę małe podsumowanie – otóż Dishonored 2 to świetna kontynuacja pierwszej części i w mojej opinii (czyli osoby, której pierwsza część bardzo się podobała) część druga jest po prostu jeszcze lepsza! No może są tu drobne potknięcia, ale w żadnym momencie ta gra nie jest gorsza niż swoja poprzedniczka. Innymi słowy – jeśli ktoś zakochał się w Dishonored lub po prostu bardzo dobrze się przy niej bawił – jej kontynuacja to prawdziwy must have i nie ma bata na Mariolę, żeby takiej osobie Dishonored 2 się nie spodobał.

Przy okazji – jeśli ktoś chciałby poczytać moje wypociny o części pierwszej, w tym co ma wspólnego nasz polski malarz J.Malczewski z tą serią – zapraszam >>> TUTAJ <<<

A poniżej dla reszty nieprzekonanych, tudzież łaknących słowa niczym kwiogzy KRWI!!!

Na początek wypowiem się może w kwestii sławnej optymalizacji. Nie wiem czemu to słowo wywołuje zawsze tyle emocji – od orgazmu po paranoje połączoną ze spazmami. Na większości for można przeczytać jak to masakryczne spadki FPS wręcz uniemożliwiają grę; albo jak to posiadacze GTX 99999999 w tandemie nie są w stanie odpalić tej gierki choćby na low. No cóż… Nie jestem jakimś FPSowym onanistą, nie gram z liczbą klatek w rogu, a gdy spadną do 20 nie wyrzucam gry przez okno; nie przeszkadza mi jeśli gra raz na 1-2h minimalnie chrupnie o ile nie wpływa to na rozgrywkę i nie zdarza się co 2min. No więc… ja uważam, że aktualnie Dishonored 2 jest zoptymalizowany bardzo dobrze! Tutaj mała uwaga – grałem w Dishonored 2 jakieś 2tyg po premierze czyli wtedy, gdy wydano już dwie specjalne łatki poprawiające funkcjonowanie gry, więc być może w dniu premiery mogło być ciężko, ale teraz na pewno nie jest.

Co więcej – mój sprzęt aktualnie spełnia jedynie na styk wymagania minimalne (jup!), a ja grałem w ustawieniach wysoki/b.wysoki/ultra (zmodyfikowałem część ustawień tak, by jak najbardziej odpowiadały mi graficznie, a nie dawały ciężkich ścin w wymagających scenach) i praktycznie przez całą grę (nawet w bardzo wymagających lokacjach) nie miałem problemu z płynnością rozgrywki. Być może klatki jakoś tam spadały, ale ja tego nie odróżniam – grało mi się świetnie, bez ścin, freezów, zawiech, zwolnień czy tam czegokolwiek. Dodatkowo próbowałem nawet grać na ULTRA (różnica jest minimalna – do porównania poniżej na screenach) i też grało mi się dobrze – bez większych ścin, choć czasem jakiś zgrzyt się zdarzył. A mój sprzęt do I5 2500k, 8GB ramu i AMD 7970 3GB. Także jak dla mnie optymalizacja – miodzio!

Oczywiście jeśli ktoś zamierza grę odpalić na kalkulatorze, albo ma miliard ramożernych procesów w tle, tudzież zaśmiecony system pornosami, bez ew. SSD – to niech się nie dziwi, że gra mu nie hula hop – jest rok 2016/2017.

dishomored
dishonoredd
Serio – jest tu jakaś różnica poza gorszym cieniem i refleksem? Obniżenie grafiki widać głównie po zasięgu widzenia, gdy chcemy obejrzeć odległe widoczki lub po pogorszeniu wyglądu oceanu/wody

 

No dobra, a co z tą fabułą? No cóż, rzecz gustu…. ale przecież nie będę tutaj nikomu streszczał całej historii. Niemniej jako fan pierwszej części (gdzie fabuła była po prostu dość dobra, ale bez wodotrysków), najbardziej bałem się skopanej, nudnej historii, która zabije klimat gry. Na szczęście z zabijanych to tylko byli moi wrogowie (a trup ścielił się gęsto). No nie było źle. Nie będę spoilerował, każda fabuła to rzecz gustu, jednym się spodoba innym nie – ale najważniejsze, że cała historia jest dosyć spójna, mocno zakorzeniona w świecie i nawet daje radę. Co prawda nie urywa tyłka, raz mnie gdzieś tam nawet zaskoczyła, ale raczej jest prosta, bez zawijasów i opadu szczeny. Po prostu dość solidnie napisana historia. No nogi nie złamie ale oka też nie wykole – czy jakoś tak.

Jednak nawet gdyby ta historia była cienka jak zmielony barszcz, to w Dishonored 2 i tak jest coś więcej. Po prostu cudowny, realistycznie stworzony i przepięknie oddany świat. I nie chodzi mi o nawet ładną (acz specyficzną) oprawę wizualną, ale o całość najdrobniejszych szczegółów (o czym za chwilę), które to wraz z historią zabierają nas do tego świata po same kapcie. To tu, to tam porozrzucane książki na różne tematy związane uniwersum Dishonored; liściki, gazety, notatki; rozmowy przechodniów, czy strażników, albo samo przedstawienie jakiejś pobocznej sceny za pomocą zwykłej scenografii gdzieś tam w zapomnianym pokoju na końcu świata. Gdzie indziej trafiamy na mini quest poboczny, o którym wspomina nam siedzący nieopodal żebrak (jeśli damy mu szanse o nim opowiedzieć). Do tego całe lokacje żyją swoim cesarskim i plebejskim życiem. Nie mam tu na myśli miliona przechodniów itp., a raczej trwające obok naszej historii wojny gangów, zakusy rewidentów czy innych zakonnic, albo po prostu smutki biednych górników. Wszystko to opowiada swoją historię – co najlepsze! – historię, w którą również możemy się włączyć i mocno ją pozmieniać na własny sposób. To i cała mnogość jeszcze innych szczególików, których nie będę zdradzał, tworzy surrealistyczny świat – ten z kolei w swym surealizmie wydaje się paradoksalnie bardzo realistyczny, a uczucie wsiąkania w niego – jest ogromne.


A na koniec (a może początek, bo wall of text przed nami) napiszę o samej wisience – o tym małym fakcie, który hmm parokrotnie spowodował u mnie ten faktyczny opad szczęki – a rzadko się to ostatnio zdarza w topowych tytułach. Dobra nie będę przesadzał, bo nakręcę jakiś śmieszny balonik oczekiwań. Ale poważnie – projekt lokacji i związany z tym gejmplej były dla mnie NIESAMOWITE! Gdyby olać fabułę, grafikę i cały świat przedstawiony – to chociaż dla tych niesamowicie zaprojektowanych poziomów warto zagrać.

O co kaman? Dishonored to seria o skradaniu się. Jasne można przejść grę na brutala mordując wszystko, co się rusza (w tym szczury, psy i komary-krwiogzy), ale nawet wtedy trzeba się trochę poskradać. Zresztą cały dobór umiejętności i stworzone mapy właśnie do tego nas ciągną. Albo przechodzimy grę na pacyfistę ogłuszając i chowając śpiących po szafach, przemykając przy tym po dachach niczym cień; albo mordujemy i chowamy też po szafach ale tym razem trupy… i w sumie też przemykając niczym cień. Bo granie „na Rambo” z uwagi na dostępne umiejętności i sposób walki na miecze oraz zbieganie się przeciwników w kupę po 5-10 nie jest proste i mało daje frajdy. A zagrać sobie można na dwa sposoby – wybierając: Emily – córkę cesarzowej albo Corvo – cesarskiego obrońcę. Obydwie postacie mają różne umiejętności i całkiem inny styl gry, dzięki temu można śmiało grę przejść ze dwa razy. Ja grałem Emily głównie na cichacza. Ale nie ograniczałem się wyłącznie do skradania, bo bywały misje, kiedy to pies z kulawą nogą nie uszedł spod mojego miecza, a krew płynęła posoką do kanałów Karnaki! Biorąc pod uwagę cała gamę umiejętności wydaję mi się, że Corvo jest lepszy dla pacyfisty, a Emily dla rzeźnika, chociaż wszyscy grają odwrotnie. Mi najlepiej grało się łącząc wszystko bez ograniczeń. O umiejętnościach nie będę się rozwodził – każdy sprawdzi sobie sam – napiszę tylko, że działają świetnie, są mega pomysłowe i dają tyle frajdy i najróżniejszych kombinacji, że głowa mała. Są dobrze zaprojektowane, a łączenie ich jedna z drugą daję niesamowite efekty, które ogranicza tylko nasza wyobraźnia.

Ale miało być o projekcie lokacji. Bo każda misja czy raczej miejsca, do których trafiamy, to prawdziwi majstersztyk. Sama Karnaca z drugiej misji z kilkoma swoimi skwerami chce mi się porównać do Novigradu czy Toussaint z Wiedźmina. Co prawda w Dishonored nie mamy tak wielkich i otwartych lokacji, ale samo miasto jest stworzono cudownie – polecam czasem po prostu się porozglądać, popodziwiać. Poza tym, każda lokacja to tysiące ścieżek do przejścia. A to bramę można ominąć dachem, a to przez mieszkanie, do którego klucz znajdziemy gdzie indziej, a to kanałem pod postacią szczura, a to na brutala, a to wyłączając prąd, a to… ech. Jak kto chce i jakie to pikne! Wszystkie lokacje to takie mini-piaskownice, nie za duże żeby się nie zgubić, ale też nie za małe. Znajdźki to głównie pieniądze i obrazy oraz runy, do unowocześniania umiejętności, także w sumie nie ma tutaj bezsensownych wypełniaczy. Wszystko pasuje do siebie.


Kolejna ciekawa sprawa – całość gry można przejść na totalnego pacyfistę nie zabijając nikogo, nawet głównych postaci fabularnych, co z kolei jest bardzo przyjemnie i dość sensownie uzasadnione w opowieści gry. Z kolei to, w jaki sposób postępujemy, wpływa na grę i okolicę wokół, a też i na zakończenie.

Przy tym wszystkim gra nie idzie na łatwiznę. Co prawda mamy jakiś tam znacznik głównego celu misji, czy też mniej więcej rozlokowanie run. Ale czasami dotarcie w dane miejsce to nie lada główkowanie. Do tego w grze są dwie sprytne zagadki, które są tworzone losowo, więc trzeba je samemu rozwiązać – lub poszukać innej drogi 😉
A jak ktoś jest totalnym masochistą może odmówić przyjęcia mocy i przejść grę na hardzie bez wspomagaczy – powodzenia!

I jeszcze przy samej już końcówce – dwie lokacje, jakich wcześniej nie widziałem w grze komputerowej. Nie wiem czy o nich wspominać, czy jednak każdy odkyje je sam? Co prawda można je było zobaczyć w zwiastunach, ale.. Kiedy przymierzałem się do zakupu obejrzałem kilka gejmplejów i gdy już zacząłem grać, pierwsze misje znudziły mnie z uwagi na to, że znałem je z YT! Jednak, gdy już dotarłem na nieznane wody i zacząłem wszystko obczajać samemu – to już tylko japa się cieszyła.
No dobra wspomnę tylko – pierwsza lokacja to mechaniczna rezydencja, gdzie cały dom porusza się i zmienia w zależności od uruchomionych dźwigni. Ale nie jest to tylko zmiana tekstur czy wgranie nowej lokacji po wciśnięciu przycisku – nie! To cała makieta, która autentycznie się porusza – można w ruchu wskoczyć na ściany i niczym windą pojechać do innego pokoju, czy też wejść między pokoje, jakby za kulisy zmieniających się pomieszczeń – wielkie WOW. Druga lokacja to… no cóż jakby dwie przenikające się miejscówki w jednej – a wszystko znów bez ściny, płynnie w czasie rzeczywistym i wraz z gejmplejem daje tyle niesamowitych możliwości, że słów mi brakuje. Po więcej szczegółów – zapraszam do gry.
trzeba to zobaczyć w pełnym ruchu w grze!
 
Wyszedł z tego tekstu trochę taki hymn pochwalny czy też wielki balon oczekiwań, ale poważnie – ta gra zrobiła na mnie wrażenie. Może nie jest to gra z niesamowitą, powalającą fabułą, ale mocno trzyma się kupy i nadrabia niesamowicie wykreowanym światem i mnóstwem krótkich historii pobocznych opowiedzianych na tysiąc różnych sposobów – od listów, do niemych i nieruchomych scen w pokojach.

Powinien w nią zagrać po pierwsze – każdy, komu podobała się część pierwsza (bo druga robi wszystko o wiele lepiej); po drugie każdy fan skradanek i taktycznych zagrywek; po trzecie każdy gracz, który jest ciekawy nowych światów, lubiący zagłębić się w uniwersum gry, popodziwiać świat przedstawiony, czy poczytać dziwne historie i wsiąknąć w ich klimat. Poza tym warto zagrać w Dishonored 2 żeby zobaczyć niesamowity projekt lokacji, w tym dwóch miejscówek zrzucających kapcie i majty na raz.
Jeśli ktoś oczekuje z kolei fabularnej opowieści na miarę literackiej nagrody Nobla, tudzież nastawia się na siekaninę FPP „na rambo” – może jednak nie być zadowolony z Dishonored 2.

Na koniec tylko dodam, że grałem po polskiemu i byłem bardzo miło zaskoczony jakością polskiego dubbingu. Słyszałem opinie, że jest bez emocji, a angielska wersja jest o wiele lepsza, ale mi się podobało (a nie łatwo mnie w tej kwestii przekonać). Prawie wszystkie głosy są przyjemnie dopasowane i chyba ani razu słysząc polskie gadki nie miałem tego dziwnego uczucia nierealności i sztywności wypowiedzi, jakie często w polskich dubbingach się niestety zdarza.
No i trzeba jeszcze wspomnieć, że mamy możliwość NEWGAME+ gdzie można łączyć umiejętności Emily oraz Corvo i na odwrót, i grać po koniec świata ;). I już! Tyle!


pozdro – warto!
kloni


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial