resident7

Jak zwykle na początek krótkie info – Resident Evil 7 to naprawdę dobra gra (mimo, że miałbym trochę zastrzeżeń, ale co tam)! Jednak jest to gra specyficzna – odpowiednia po prostu dla wszystkich fanów tego typu rozgrywki. Czyli dla graczy lubujących się w poprzednich residentach (pomijając, że siódma część jest w widoku FPP – ale jest to moim zdaniem duży plus), ale też to gra dla całej masy fanów survival hororów, czy skradankowych straszaków (pokroju Outlasta itp), czy też przygodowych-thrillerów (czy coś w tym stylu). Bo właściwie ten RE7 to takie połączenie outlastowego horroroskradania, poprzednich najlepszych części serii, thrilerów o zombie, a także wszelkiej maści gier z przetrwaniem/mini-sandboksem i strachliwym klimatem w tle .
Jeśli ktokolwiek odnajduję się w tego-typu grach jak siekiera w łepetynie zombiaka lub po prostu uwielbia takie klimaty – no cóż… RE7 to pozycja obowiązkowa – wręcz jeden z topowych tytułów, który po prostu trzeba ograć.

Ja jednak jestem zupełnie innym graczem. Graczem, który za tego typu rozgrywką nie przepada. Nie byłem w stanie grać w poprzednie części residentów – uważam je za naprawdę dobre gry (niektóre części wręcz kultowe), ale to wieczne oszczędzanie amunicji, umyślna ślamazarna mechanika strzelania, skradanie bez pełnej możliwości zwalczenia przeciwnika oraz (jak mawia największy mistrz horrorów z polskiego YT – domyślcie się kto taki) – wieczne bieganie w tondo-rondo… No nie znoszę tego!!!! Weźmy takie Evil Within – znam tę grę prawie na wylot z YT i, mimo że w nią nie grałem, uważam ją za jeden z lepszych horrorów japońskiej szkoły – no, a jest to gra, w którą i tak nigdy nie zagram, bo po prostu zamęczyłbym się jej mechaniką.
I właśnie do ludzi z podobnym podejściem jak moje – wyżej opisane – kieruję swój tekst. Bo mimo że RE7 czerpie garściami z tego typu gatunku, to jakoś tak mnie po prostu… no zauroczył. Pomimo pierwszych 2h, które wręcz mnie zniechęciły, to jednak gierka ta naprawdę mnie wciągnęła! I to do tego stopnia, iż właśnie ją polecam!

Jeśli ktoś ma jednak olbrzymie wątpliwości, to polecam ogranie dostępnego DEMA. Naprawdę oddaje ono klimacior i charakter gry – K L I K !!
 

louisiana

Zatem trafiamy do Louisiany, bo nasza zaginiona od 3 lat żonka nagle piszę do nas maila i… lecimy ją ratować, a właściwie dowiedzieć się, co się stanęło. Loiusiana… Kraina bagien, krokodyli i zapadłych „farm” na równie zapadłych mokradłach… No lepszego miejsca na horror nie można było wybrać. Cała otoczka od początku przywołuje na myśl „Wzgórza mają oczy”, czy „Teksańską masakrę..” – i mimo, że to inne miejsca, to klimat jakby znajomy…

Trafiamy do domu Bekerów i się zaczyna. Dalej już nie piszę, bo każdy szczegół jest ważny, każda scena, czy interaktywna cut-scenka jest naprawdę świetnie wyreżyserowana – więc nie chcę nic zdradzać i psuć zabawy. Nie polecam oglądać gejmplejów – bo może nie opowiedzą za dużo, ale jednak pierwszy raz obejrzana, a właściwie powinno się napisać – pierwszy raz „przeżyta” – każda oskryptowana scena daje niesamowite wrażenie, gdy jest właśnie „dziewicza”. Przy kolejnym kontakcie już trochę brak kiślu.

Cały klimat i imersja jest tutaj naprawdę świetnie zachowany. Autorzy gry przepięknie bawią się różnymi lękami, czy fobiami gracza. Dziś co raz więcej horrorów lubuję się w tonie krwi, flakach i w sumie bardziej pokazaniu obrzydliwości, a nie strachu i… w RE7 również mamy GORE! I jest tego tutaj naprawdę sporo! Pisząc sporo mam na myśli fakt, że gra jest faktycznie 18+, a krwisto-obrzydliwych scen nie brakuje!! (GOOOOOREEEE, i ten dźwięk przejeżdżania paznokciem po kamieniu… haha mam was! – tak właśnie bawią się deweloperzy RE7). Przy czym autorzy idealnie wykorzystują perspektywę FPP oraz uczucia graczy i po prostu grają na nich jak na gitarce – bo sposób przedstawienia niektórych scen, wręcz wywołuje skurcz na szyi, czy uczucie zażenowania („co też zrobiliśmy”), by za chwilę sprawić, że sramy po gaciach, czy wzdrygamy się od spadających wprost na ekran obrzydliwości. Całość jest naprawdę dobrze zaprojektowana i wyreżyserowana – no Hollywood się nie powstydzi! Polecam pieluchy i woreczki na rzygi dla suabeuszy!


Mam wrażenie jednak, że Resident Evil 7 to nie do końca taki typowy horror, raczej mieszanina najlepszych gatunków z pogranicza horroru. Takie połączenie wszystkiego, co świetne z tego typu gier, z dużą ilością najlepszego klimatu starych residentów. Bo znajdą się tu i sekwencje skradane, gdzie nie możemy się za bardzo bronić (które w początkowym etapie dość mocno mnie zmęczyły – to nie mój klimat jak pisałem wcześniej), ale też szybko zdobywa się broń – zatem będzie również akcja! – choć w umiarkowanym nasileniu. Ta gra to również nie jest typowy szuter – walki nie ma sporo, momentami nie jest łatwa, ale przy odpowiedniej wprawie i giwerach daje radę. Są też tutaj Bossowie do pokonania – i muszę powiedzieć, że pomimo narzekania w innych recenzjach na te starcia, to mi się podobały. Są dość różnorodne, momentami wkurzająco trudne, ale gdy się dobrze przygotować i odkryć mechanikę potrzebną do pokonania danego przeciwnika – nawet idzie wręcz zbyt łatwo (ofkors po 15 minutach wulgarów na lewo i prawo jaka ta gra jest powalona!). Jest też eksploracja, klimat, świetne oskryptowane wydarzenia, zagadki i taki trochę mini-sandboks. Będziemy mieli też sporo ciekawych jump-scarów oraz dość dużo sytuacji wywołujących nieustane napięcie i ciarę na tyłku – także jest wszystkiego po trochu i w sumie jest to fajne!

Ale co jest najfajniejsze? Rozgrywka!

lestplayre7

Co mam na myśli? No jak pisałem, w RE7 znajdziemy wiele najróżniejszych mechanik, części składowych i ciekawych zabiegów, ale najbardziej podoba mi się swoboda jaką daję się graczowi, a właściwie pozostawia gracza samemu sobie. Mam wrażenie, że kiedyś prawie każda gra taka była, a dzisiaj mamy tysiąc strzałek, minimap, kompasów, podpowiedzi, czy wręcz zaznaczonych na mapce miejsc dokąd trza iść (o pamiętnikach, gdzie mamy opisane dokładnie, co trzeba zrobić już nawet nie wspomnę). A w RE7? Nic! No prawie 😉 Nawet, kiedy dostajemy zawartość dodatkową za preorder, czyli specjalną monetę – twórcy ograniczają się do informacji, że pomaga ona graczowi, ale jak? No sami se dedukujcie.. I to jest świetne. Cała gra to taki mini-sandboks, trochę metroidvanii – czyli zwiedzamy nie za dużą miejscówkę, odkrywamy kolejne elementy fabularnej układanki – nawet ciekawie przedstawionej w postaci, zdjęć, notatek i innych dodatków – no i próbujemy jakoś przeżyć. A żeby to zrobić musimy coś tam wykonać, znaleźć, przy czym do niektórych fragmentów lokacji będziemy mogli się dostać w późniejszym czasie, gdy już zdobędziemy odpowiedni przedmiot, klucz itd. Całość w konsekwencji rozgrywa się wciąż na tej samej „farmie”, w tych samych pomieszczeniach, które niejako odkrywamy na nowo, dostając się do kolejnych bardziej lub mniej ukrytych miejscówek – ale przy tym ani razu nie odczuwa się tego uczucia, że wciąż łazimy po tych samych rupieciach (czyli znudzony backtracking). Niektóre zagadki może nie powalają, ale jest też kilka naprawdę świetnych pomysłów, przy których trzeba mocno pogłówkować. Nie ma tu strzałek, a podpowiedzi ograniczają się do suchego – „znajdź wyjście z domu”, czy tam „znajdź 3 przedmioty…” A co jeszcze lepsze – no czuje się tę swobodę.


Raz znalazłem wymagany przedmiot przypadkiem (zanim w ogóle wiedziałem, że będzie mi potrzebny), bo zacząłem bawić się w mega eksploratora, a dopiero potem okryłem notatkę w jednym z pomieszczeń, która była podpowiedzią, gdzie tego przedmiotu szukać. Taki oto przykład – musimy dajmy na to znaleźć coś w pianinie (żeby nie spoilerować zmieniłem wszystko), ale widzimy, że brakuje nam czegoś, co pomoże nam dany przedmiotów z tego pianinka wyjąć. Domyślamy się co potrzeba, ale może to być naprawdę różnych rodzajów przedmiot – i teraz nie dostajemy żadnej informacji co? gdzie? jak? Sami musimy wpaść, gdzie poszukać zaginionej części i jak ją dopasować. Kiedyś taka mechanika w grach była normalnością, dziś każdy przyzwyczaił się do miliona ułatwień – a ile jest satysfakcji, kiedy uda nam się na coś wpaść samemu! Zanim ktoś mi powie, że dużą część takich ułatwień można w wielu innych grach wyłączyć – niestety taka możliwość nie jest częsta. Poza tym liczy się sposób całego projektu gry, który z jednej strony jest wymagający ale też satysfakcjonujący. Wyłączenie danego ułatwienia często nie naprawia zbyt ułatwionego projektu gry, lub też czyni daną grę w kija trudną. Tutaj ten balans jest dość dobrze zachowany.
Niech wspomnę jeszcze o jednej (jak dla mnie) świetnej zagadce, a’la „Piła”, która to z kolei daje mega kopa przy rozwiązaniu jej bez niczyjej pomocy, czy poradników – zdradzę tylko: no trzeba oglądać kasety VHS (to w sumie również świetny zabieg stylistyczny, ale dość tam.. każdy musi odkryć wszystko sam – to największa frajda).
Poza tym wspominałem o swobodzie – kilka razy zdarzyło mi się, że po kolejnej śmierci przechodząc daną sekwencję od nowa, postępowałem trochę z dupy strony, inaczej niż wcześniej i tym samym uruchamiałem zupełnie inny skrypt, który z kolei całkowicie zmieniał wcześniejszą rozgrywkę – np. walka z bosem, czy oskryptowane wydarzenie nagle zaczynało przebiegać zupełnie inaczej. No wow na gębie za takie podejście do gry (znów nie podaje przykładów, by nie psuć zabawy – trzeba wierzyć na słowo!).


Sama historia, czy tam fabuła no wiadomo nie skręca kiszek, bo to wciąż uniwersum residenta (wirusy i te sprawy) – ale chodzi tu bardziej o dość dobry sposób prowadzenia opowieści, ciekawie zaprojektowane postacie, czyli naszych wrogów – i ogólne podejście do tematu. Biorąc do kupy opisywany klimat, mechanikę, sposób rozgrywki, walki z bossami, poukrywane tajemnice – wciąż mamy ochotę przeć dalej, by w końcu poznać zakończenie tej dziwnej historii i losy jej bohaterów!
Przeszedłem grę w 10,5 godziny i w sumie poza tymi pierwszymi dwoma, kiedy trochę się zniechęciłem (bo część znałem z YT, a część nie podeszła mi mechaniką), to kolejne przeleciały mi szybko i bawiłem się naprawdę dobrze. Czy za krótko? Dla mnie w sam raz, może chciałoby się więcej, ale chyba taki był zamysł twórców.

Dodam jeszcze na koniec, że w grze można usłyszeć naprawdę świetne nuty, które są tak dopasowane, że wręcz nie zwraca się na nie uwagi (w tym pozytywnym znaczeniu), przyjmując je za jakby nieodłączny element gry. Przy czym same dźwięki otoczenia też potrafią wyskoczyć nas z kapci! A piosnka tytułowa i creditsy to już prawdziwy czad.

No cóż Resident Evil 7 ma na Metacritic 86% – co dla nowych tytułów jest prawie jak „arcydzieło”. Czy na to zasługuję? Nie mi oceniać, bo to nie mój styl gier, ale jednak grało mi się dobrze – i mimo, że nie przepadam za takimi grami, naprawdę się wciągnąłem. Gierka trochę w staro-szkolnym stylu (biorąc pod uwagę mechanikę i brak pomocy dla gracza) – pozwalająca graczom na wiele, a przy tym nie dająca nic na tacy. Do tego dochodzi nowoczesne i w pełni profesjonalne podejście do tematu – czyli produkt AAA z najwyższej półki, ze wszystkimi plusami takich produkcji – świetną reżyserią, grafiką, muzyką i projektem rozgrywki. Gra, która próbuje zachować styl serii, ale odkrywa coś na nowo, łącząc najlepsze pomysły z przeróżnych horrorów/thrillerów w jedno. Znajdą się tutaj też i wady, blaski jak i cienie, ale krótko podsumowując: warto. Gra dla każdego fana tego typu gier – horrorów, skradanek, mozolnych thrillerów; oraz dla fanów serii resident. Ale też gierka dla każdego gracza, który być może tak jak ja odbija się od podobnych produkcji – gdyż tutaj sposób prowadzenia gry, a także momentami naprawdę świetne rozwiązania rozgrywki mocno nagradzają nasze zdenerwowanie. Poza tym to gra z najwyższej półki – i może szkoda, że dziś ta półka jest ledwo tak wysoka jak kiedyś, a żeby dorównać starym hitom (pomijając jakość grafiki i kwestie techniczne) zamiast wymyślać nowe, zaskakujące rozwiązania, trzeba wracać do starych, dobrych pomysłów – jednak to już chyba temat na osobny wpis.
Warto!

kloni.


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial