inside

INSIDE to gra studia PlayDead, odpowiedzialnego za stworzenie równie niesamowitej gierki – czyli LIMBO. Limbo można obecnie dostać w najróżniejszych promocjach, a często-gęsto i na wypasie jest i za darmoszkę – także polecam gorąco (to tak na marginesie).
Inside to gierka, którą można nazwać takim zagadowkowo-platformowym czymś w oprawie 2D (tutaj bardziej pasuje określenie 2,5D). Czyli lecimy najczęściej z lewa na prawo (ale i odwrotnie, tudzież horyzontalnie też się zdarzy), rozwiązujemy „zagadki” tarasujące nam drogę, próbujemy przeżyć, no i przede wszystkim skumać o co w tym wszystkim chodzi! A chodzi tu, oj chodzi! Mam wrażenie, że Inside ma głębszą fabułę niż niejeden dzisiejszy tytuł AAA. Do tego cała „historia” rozgrywa się bez ani jednego słowa, czy linijki tekstu! Całą opowieść tworzy ogólna konstrukcja świata, otoczka, dźwięk, grafika, subtelne sceny w tle, czy też nieme dramaty pierwszego planu. Co więcej całość jest tak spójna, że po prostu nie da się w tę grę zagrać po prostu na zasadzie platformówki, a olać jej drugie dno. Świat kreowany przez twórców, atmosfera i wszystkie części składowe gry tworzą tak nierozerwalną całość, że po prostu tę grę się przeżywa! I to mocno!

Po pierwsze mamy tu mroczną, ale przy tym mega klimatyczną oprawę graficzną. Cała gra zanurzona jest w szarościach, mgle, okresowym deszczu i czadowej zabawie światłocieni. Niby wszystko jest w rzucie dwuwymiarowym, ale momentami oddalenie/przybliżenie kamery, umiejętne skosy, czy też wydarzenia w tle sprawiają przyjemne uczucie trójwymiarowości i świetnej głębi. O projekcie lokacji już nie będę się rozpisywał – trzeba zobaczyć i poczuć te industrialne wnętrza, monstrualne budowle i dziwne urządzenia – a wszystko tak świetnie ze sobą spasowane. Na oprawę graficzną nakłada się świetna ścieżka dźwiękowa – stonowane, rzadkie tony muzyczne oraz niepokojące fabryczne dźwięki, uderzenia i mruki… No klimat wyłazi z monitora na szafę. Całość dopełnia naprawdę przyjemna animacja postaci – bardzo płynna i realistyczna, do tego z ciekawym ragdolem. Potykanie się naszego bohatera, spadki z wysokości czy skoki naprawdę wydają się mocno prawdziwe. A na to wszystko nakłada się brutalność całej gry. Giniemy na wiele sposobów, bez umiaru i pardonu z flakami na ekranie (które tak świetnie kontrastują, a może raczej rezonansują ze światem gry) – rozszarpani przez dzikie zwierzęta, zmiażdżeni przez metalowy blok, rozpłaszczeni po upadku, czy najbrutalniej zastrzeleni… To nie jest gra dla małych dziewczynek!


Screeny nie w pełni oddają klimat, a jako same grafiki są dość ponure i szarobure. W grze klimat, dźwięki i otoczka dodaje atmosfery i sprawia, że te szarości odbiera się zupełnie inaczej.

Poza tym jeśli chodzi o gejmplej, mamy też tu szereg naprawdę ciekawych zagadek. Wszystko w myśli „przenieś/przesuń/podnieś/wciśnij w odpowiednim czasie”. I może nie są one skomplikowane, ale też nie ma banałów. Nie spędzałem przy każdej zbyt długo czasu, wszystko było dość intuicyjne, ale nie na tyle proste, by nie dawało satysfakcji czy uczucia „flow” i płynięcia przez całą grę.

Biorąc te wszystkie wypisane wyżej składowe, gra tworzy bardzo mroczną i gęstą atmosferę. A te realistyczne dźwięki, brutalne śmierci, molochistyczne lokacje, no mocno wpływają na uczucia gracza. Miałem wrażenie ciągłego napięcia, pływania w smole, drętwienia na karku – ale nie strachu czy dreszczyku, raczej takiego dziwnego uczucia wyobcowania, zagubienia, mroku, duchoty… Jak dla mnie twórcom udało się świetnie wpłynąć na odczuwane przez gracza uczucia. Zresztą sama końcówka to już szczyt dziwności! Wszędzie przeczyta się, że zakończenie tej gry jest dziwne, niespodziewane, niezrozumiałe.. Ja napiszę, że ostatnie trzydzieści minut gry wraz z jej zakończeniem jest po prostu CHORE! Jeśli ktoś myśli, że nic go już nie zaskoczy to… oj żeby się nie zesikał! Te ostatnie kilkadziesiąt minut grałem z takim jakimś niesmakiem?, odrazą? zażenowaniem? No sam nie wiem jak to nazwać. Ale nie chodzi o to, że zakończenie mi się nie spodobało, czy też mnie odrzuciło/zniesmaczyło, nie! Po prostu znów twórcy zabawili się uczuciami graczy i wyszło im to wyśmienicie!
Cała gra tworzy tak realistyczną maszynę do wywoływania określonych uczuć, że aż mi się włosy jeżą na paznokciach!

Te uczucia to zresztą jedna ze składowych historii, czy raczej świata przedstawianego w INSIDE. Ale to nie jest zwykła historia, czy fabułka o małym chłopcu, którą po prostu poznajemy i na koniec dowiadujemy się kim byli jego rodzice/jak miał na imię/gdzie mieszkał itp. To opowieść o chłopaku, który ucieka i … tyle. Reszta odbywa się w naszej głowie, przy kolejnej zagadce, kolejnym dziwnym miejscu, kolejnych lokacjach, które próbują nam dopowiedzieć „co się stało” swoim projektem, wyglądem, szczegółami. W odróżnieniu jednak od innych gier, oprócz tego, że w Inside wszystko jest skryte, nieme i niedopowiedziane, to zarazem całość jest tak mocno połączona z gejmplejem, że po prostu nie da się przejść obok i nie rozmyślać, o co w tym wszystkim biega. Całą spirale tajemniczości nakręciło jeszcze samo studio Playdead, które odmówiło jakichkolwiek tłumaczeń fabuły, a w sieci można znaleźć naprawdę milion teorii na temat świata INSIDE. Co fajne, po ukończeniu tej gry, naprawdę chce się grzebać w tych wzystkich przemyśleniach, by chociaż trochę rozjaśnić własne domysły.

Jeśli ktoś już ukończy tę grę – polecam >>> TEN <<< artykuł będący moim zdaniem dość ciekawą próbą interpretacji historii INSIDE.


Muszę też poruszyć tę sławetną kwestię czasu gry! INSIDE skończyłem w jakieś 3,5h. Chociaż gra ma też ukryte znajdźki, które znalezione umożliwiają nam dotarcie do alternatywnego zakończenia (nie wiem czy ono coś wyjaśnia, czy jeszcze bardziej mota, ale jakie to piękne!), co w sumie daję może dodatkową godzinę zabawy. Jednak cała gra, a właściwie ta gęsta atmosfera i przytłaczający klimat sprawiły, że te 3,5h to naprawdę było nawet i za dużo! Atmosfeta gry tak mocno miażdży mózgownicę, że pod koniec chce się już dojść do końca, poznać zakończenie i nigdy do tej gry już nie wracać. Ale w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa (o ile można tak napisać). To znaczy, chodzi mi o to, że gra tak mocno siada na psychikę, że po prostu te 3h są w sam raz i ciężko wytrzymać granie w tak gęstej atmosferze dłużej. Ten czas wydał mi się dla samej gry idealny. Po prostu granie w INSIDE dłużej, stałoby się dla mnie najzwyklej męczące. Zatem sama długość rozgrywki jest idealnie wyważona – pytanie bardziej czy w polskich realiach te 20 Euro to nie za dużo za trzy godziny mimo wszystko świetnej rozrywki? No cóż mam mieszane uczucia, bo nie jest to mało! Ale po skończeniu gry jestem skłonny powiedzieć, że ta gra jest naprawdę warta swej ceny! Zresztą dziś można ją już nabyć w promocjach, a kiedy piszę ten tekst, gierka wpadła do Humble Monthly i kosztuje ok 20 złoty.

No więc po skończeniu INSDE rozumiem te wszystkie nagrody i tytułu dla „najlepszej gry”. Bo ta gra to nie tylko dobry gejmplej, ciekawy projekt lokacji, dobra opowieść, fajny klimat, udźwiękowanie, realizacja – ale CAŁOŚĆ! Wszystko od najciemniejszej dziury, poprzez zagadki, dźwięki, miejsca, bohatera – dosłownie WSZYSTKO jest ze sobą nierozerwalnie związane i spasowane, dzięki czemu tworzy najbardziej spójną gierę w jaką dotychczas grałem. Czasem nie jest przyjemnie, czasem mroczno, czasem wręcz niesmacznie, ale to jest siła tej gry – spójność i emocje, nietuzinkowy świat i niema historia, którą gracz odczuwa po swojemu, bo inaczej nie da się grać! A trzeba.. I warto!


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial