No więc kto nie zna Lary Croft? Fenomen popkultury, czy też niesamowity produkt growego przemysłu, który jako jeden z nielicznych tak mocno wtopił się w ogólnie pojętą kulturę (a nie tylko świat gier komputerowych). Nie znam chyba bardziej rozpoznawalnej na świecie postaci z gier (która została wymyślona tylko i wyłącznie dla potrzeby tej gry). No dobra jest jeszcze Mario, czy Pacman, ale jak ten poczciwy Mario ma wytrzymać porównanie z cycami Lary??? Zresztą sam Tomb Rider (nr 1) był przede wszystkim grą pełną innowacyjności – pierwsze TPP (ze sprawnie działająca kamerą), pierwsze 3D (z prawdziwego zdarzenia), itd. itp. Pamiętam tę kwadratową grafikę i szczękę na podłodze, gdy każdy młody gracz tamtych lat oglądał Larę po raz pierwszy! Na przestrzeni tych już 24 wiosen Tomb Rider zmieniał się wielokrotnie – czasami na lepsze, czasami na gorsze. Mam wrażenie, że ten ostatni jest odpowiedni dla aktualnych czasów. A czemu tak myślę, jak mi się grało i dlaczego warto? No powoli bo się łuk spi….toli – wszystko niżej 🙂

Jeszcze tylko gwoli statystyki – Rise of the Tomb Rider to kolejna już część z serii wydana w styczniu 2016r., natomiast wersja ’20 year celebration’ to wydanie na PS4 (i później na PC) udostępnione w listopadzie 2016r., a zawierające wszystkie DLC, dodatkowe misje i tryby oraz część usprawnień technicznych


 

Jak widać na przestrzeni tych ponad 20 lat Lara zmieniła się ogromnie, a dzisiejszy Tomb Rider jest nieporównywalny technicznie do poprzednich wersji. Lara Croft jest obecnie chyba najładniejsza, ale też na pewno inna – jeśli chodzi o mój gust, trochę zbyt dziewczęca, a nie tak kobieca, stanowcza, dojrzała? jak kiedyś (i nie chodzi mi tylko o cyce…). Wpisuje się to w pewien dzisiejszy trend „unastolatkowiania” wszystkiego wkoło – czy to dobrze? Mi ok, aczkolwiek widać tu pewną niekonsekwencję twórców, o czym będzie później – na razie zostańmy przy oprawie. W dzisiejszych czasach gry przyzwyczaiły nas do ładnej grafiki, niemniej tutaj jest ona naprawdę przepiękna. Optymalizacja daje radę – na moim już leciwym sprzęcie (i5 2500k, AMD 7970), grałem bez problemów na wysokich/ultra, a wrażenia? No wow! Wiem, że grafika to nie wszystko i grywałem już w tytuły, które miały świetną oprawę, a poza tym nic więcej i nudziły się po 15-30 minutach… Ale tutaj, nawet gdyby cała gra byłaby kiszką (no, a nie jest), to dla tych przepięknych widoczków, pocztówkowych pejzaży, refleksów zachodzącego słońca – no choćby dla tego warto zagrać. Znajdzie się i jakaś szarobura lokacja, ale wiadomo – jeden grafik odwali niebieskie migdały, a drugi poleci po łebkach – niemniej tych gorszych miejsc jest naprawdę bardzo mało!


No ale przecież pisałem, że nie tylko grafiką gierka stoi. Cała seria Tomb Rider zasłynęła swoją mechaniką – czyli zręcznościowymi sekwencjami skakania po opuszczonych grobowcach oraz zagadkami logiczno-mechanicznymi (tam przełącz dźwignię, tutaj uskocz przed kolcami itp.), przy dość dobrze zaprojektowanych lokacjach. No i tutaj taki trochę powrót do korzeni. Oczywiście wszystko w duchu nowoczesnego trendu!
Bo jak pisałem gdzieś tam wyżej, grając w tę część czułem się jak prawdziwy łowca przygód – archeolog pokroju Indiany, czy też innego awanturnika! Z drugiej strony mechanika przywoływała na myśl granie w Uncharted z jego filmowością i rozmachem, tudzież mini-sandboksem.
A dokładniej – mamy tutaj grę podzieloną na takie mniejsze obszary, gdzie można wykonać szereg różnych aktywności w postaci zbieractwa, zadań pobocznych, exploru i tak dalej. Te obszary nie są jakieś przeogromne, są za to ze sobą połączone bardziej liniowymi sekwencjami, gdzie zazwyczaj pchamy fabułę do przodu. Przy czym każdy dany obszar czy sekwencję można dowolnie zwiedzać, wracać do niej i cofać się – co daje miłe uczucie swobody. Taki trochę Far Cry – jednak tam ilość tych wszystkich dodatków, aktywności oraz sama wielkość mapy wręcz mnie przygniatała i po godzinie gry znużyła na amen. Tutaj ten podział na mniejsze strefy sprawia, że grało mi się przyjemnie i stopniowo pchałem wszystko do przodu. Dla mnie plus, dla innych może być to spory minus.

Zdarzają się też sekwencje „filmowe”, mocno oskryptowane i widowiskowe (a’la ucieczka przez walący się most itp.) wykonane właśnie na wzór serii Uncharted, choć tutaj mam wrażenie mniej spektakularne. Grając w Uncharted miałem wrażenie (pozytywne) brania jakby czynnego udziału w filmie sensacyjno-przygodowym z przerwami na skakanie po skałach/ruinach i strzelanie. W Rise of the Tomb Rider czuć większą swobodę, ale nie przytłoczenie. Poza tym w Tomb Riderze walka jest przyjemniej zbalansowana. Nie ma tutaj hord wrogów, zalewających nas tysiącami, a poszczególne „strzelaninowe” etapy są raczej stworzone bardziej taktycznie z niezbyt wygórowaną liczbą przeciwników. Przy czym walka znów jest ciekawa, taktyczna, umożliwiające przyjemne skradanie i skrytobójstwo. W późniejszych etapie gry, gdy ma się już dostęp do karabinów, staje się ona trochę za łatwa. No ale i tak najlepszą bronią pozostaje łuk – z uwagi na świetny feeling jego obsługi – no poezja! Poza tym porozdzielanie tych sekwencji walki sandboksowymi lokacjami, gdzie szukamy, eksplorujemy i odkrywamy, dodaje więcej klimatu właśnie Indiany Jonesa, niż filmu sensacyjnego.


No właśnie – ten ciągły Indiana. Naprawdę czuje się tutaj klimat tych archeologicznych zagadek. Tym bardziej, gdy odwiedzi się jeden z bodajże ośmiu opcjonalnych grobowców (gorąco je polecam – jeden z najlepszych elementów gry). Te grobowce mają taką strukturę, iż należy coś tam powłączać, poprzełącząć, poustawiać, by uruchomić odpowiednie mechanizmy i tym samym dostać się do danego artefaktu. Zagadki może nie są górnych lotów, ale są naprawdę przyjemne i często trzeba się mocno rozejrzeć ‚co, gdzie i jak’ poustawiać, by odpowiednie mechanizmy zadziałały. Projekt tych lokacji jest świetny, a zagadki dają satysfakcję przywołując klimat starych Tomb Riderów – szkoda, że nie ma ich więcej! Jedyny problem to momentami komentarze samej Lary mające naprowadzać gracza na rozwiązanie zagadki – moim zdaniem czasami są zbyt głupie i denerwujące, wręcz psujące klimat, no ale nie będę przesadnie narzekał…

A propos narzekania! Czas trochę pomarudzić!
No więc cały zestaw tych wszystkich opisanych powyżej mechanik daje naprawdę świetną grywalność! Tak dobrą, że w ogóle nie przeszkadzała mi, moim zdaniem największa wada tej gry – FABUŁA! Poważnie… tak kiepskiej i miałkej historii nie widziałem od lat.. wtf? O co mi chodzi? No cóż, podobno za tą historią stoi córka Terrego Pratchetta, Rihanna, więc wydawać by się mogło, że musi być dobra.. Niestety! Wiem, że to rzecz gustu i może niektórym się spodoba, ale dla mnie to była naprawdę słabość i żenada. Niestety nie mogę udowodnić swoich racji, gdyż musiałbym zbyt wiele zaspoilerować. Zresztą to nie jest tak, że fabuła to dno i już. Cała historia ma dobry warsztat i jest napisana z najlepszymi prawidłami pisalniczego rzemiosła – jest powolny wstęp, rozwinięcie, 2-3 zaskakujące zwroty akcji, przyjaźń, miłość, rozterki itp. itd. no jest wszystko. Niestety oś historii jest … no dziecinna. Znów przychodzi mi na myśl porównanie do Indiany Jonesa – bo przecież te historie z poszukiwaniem magicznych artefaktów, czy źródeł nieśmiertelności też były bardziej dla kina familijnego niż srogiej sensacji. Jednak Indiana Jones trzymał swój poziom – wszystko było dostosowane – były luźne żarty, swobodna, familijna atmosfera i dobrze wpasowani w to wszystko przejaskrawieni bohaterowie – a na koniec mimo wszystko nutka tajemniczości.. Tutaj? No nie! Bo nawet jeśli historia jest dla dwunastolatków, to cała reszta już nie za bardzo i tym samym tworzy się taki dysonans, że aż mdławo się robi:/


Bo z jednej strony mamy tę trochę dziewczęcą Larę Croft, familijną historię i klimat łowcy skarbów z filmów dla nastolatków, z drugiej zaś podrzynanie gardeł, mordowanie wrogów, rozpłatywanie zwierząt, flaki, krew i mordobicie – a cała gra ma zresztą kategorię „M for mature” czyli dla dorosłych. Rozumiem, że dzisiejszy „target” deweloperów może zwracać się jednak w stronę 12-16 lat, ale całość ni w pół ni w oko, ze sobą nie współgra. Tym samym pozostaje niesmak.. Gdyby faktycznie utrzymać ten klimat familijnego Indiany i dodać trochę „przerysowania”, naprawdę w ogóle bym się nie czepiał, a nawet gratulował! No ale starczy tej rozkminy bo przecięz nie o recenzję tudzież wyliczanie wad chodzi – a o polecenie tej mimo wszystko naprawdę godnej gry! Pomijam już nawet ten smutny fakt, że przecież to całe moje narzekanie jest tak mocno subiektywne i gusto-zalezne, że.. hoho! A przecież dograłem bez problemu do końca i spędziłem w grze 22h naprawdę świetnie się bawiąc! Także nawet ta mierna historia nie dała rady z naprawdę czadową grywalnością wynikającą z tego wszystkiego, co pisałem wyżej. Nawet jeśli komuś, tak jak mnie, fabuła nie podejdzie, cała gra jest warta zagrania i mimo tej kiepskiej opowieści, poważnie wciąga grywalnością.

Zatem podsumowując polecam Rise of the Tomb Rider z uwagi na śliczną stronę techniczną, czaderski i wciągający gejmplej ze wszystkimi pomysłami mechaniki – od mini sandboksowosci, poprzez mini-survival, zbalansowany system walki, ciekawe zadania poboczne i nawet satysfakcjonujące grobowcowe zagadki. Taki trochę powrót do korzeni, aczkolwiek umilony dzisiejszą techniką i nowoczesnym podejściem do tworzenia gier (sandboks, survival, itd.). Dla fanów starej, jak i nowej Lary, dla ludzi lubiących Indiane Jonesa, klimat archeologicznych artefaktów, odkrywanie tajemnicy, czy tez serię Uncharted. Pomimo mdławej fabuły, gejmplej, projekt lokacji i cała pozostała otoczka mocno napędza grę i daje mnóstwo frajdy!

Polecam.
Kloni.


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial