Dla porządku niedzielnych kronikarzy i purystów szufladkowania – Enslaved: Odyssey to the West to giera Ninja Theory czyli twórców m.in Heavenly Sword, DmC, czy aktualnie będącego w produkcji Hellblade: Senua’s Sacrifice – w skrócie specjalistów (lub nie do końca) od konsolowych hack&slashy tudzież zwykłych sleszy w trzeciej osobie i czymś więcej niż tylko machaniem mieczem.

Sama gierka pierwotnie była wydana jedynie na konsole, ale później również została przeportowana na PC’ta. Port był mocno zbugowany, przeszedł trochę bez echa i… WIELKA SZKODA! Ale obecna edycja premium naprawia wiele błędów, a że sam tytuł często jest pomijany przez graczy i wciąż ma łatkę „niedoskonałego portu / niedorobionej gry” postanowiłem obalić te byzydrune mity – bo grało się świetnie!

No więc Enslaved opowiada trochę wymiętą historyjkę nieznanej apokalipsy (ach ta wojna, która wymordowała całą ludzkość i nikt nie wie o co dokładnie chodziło), po której to nieliczni mieszkańcy Ziemi próbują jakoś tam przeżyć – no wiadomo: pojedyncze, samowystarczalne wioski, skurczybyki rozwijający niewolnictwo, zapomniana technologia i zbieranie jagód na obiad. No i w tym zniszczonym świecie, w niewolniczym transporcie, spotykają się: wielki, samotny osiłek, który doświadczony okrucieństwem obecnej rzeczywistości schował swoje uczucia i przemyślenia tak głęboko w kieszeń, że sam już o nich nie pamięta – czyli Monkey! Oraz córka wodza ostatniej ostoi ludzkości, fanka nowych technologii, która w innym czasie pewnie pracowałaby w jakimś informatycznym gigancie na open-spejsie – czyli Trip! W połowie gry do tej radosnej dwójki dołącza się Pigsy czyli miłośnik wieprzowiny w najczystszej formie – dosłownie i w przenośni! Nie będę może tutaj streszczał, czy nawet podpowiadał fabuły, zresztą nie jest ona jakaś górnolotna, a do tego liniowa do bólu, ale nie chodzi tu o samą historię – ale o sposób jej prowadzenia, przekazywania, świetne dialogi oraz dobrze zarysowane postacie.


To taka trochę „gra drogi” – czyli gierka, gdzie historia i poszczególne wydarzenia są niejako tłem i pretekstem do popychania naszych bohaterów w dalszą wędrówkę. Wędrówkę w czasie której prowadzą dysputy, poznają siebie, zastanawiają się nad otaczających ich światem, zmieniają się, kiełkują w sobie najróżniejsza uczucia – a my jesteśmy tego wszystkiego świadkiem! I to jest naprawdę dobre! W jakiejś recenzji spotkałem się ze stwierdzeniem, że bohaterowie są miałcy, a ich dialogi prostackie – no cóż, ile osób tyle gustów i opinii – albo ja jestem tak niedojrzały, albo tak stary, bo uważam wręcz odwrotnie! Niemniej interakcja naszych bohaterów, ich przemiana w ciągu całej gry, wzajemne relacje – to wszystko naprawdę jest świetnie dograne i przedstawione.

Do tego dochodzi naprawdę mocny voice-acting. Zresztą aktorem podkładającym głos Monkey (oraz sekwencję motion-capture) jest Andy Serkis – pewnie nikt go z „ryja” za bardzo nie kojarzy, ale gościu podkładał głos i motion-capture m.in do Golluma z trylogii Władcy Pierścieni – chyba nie trzeba komuś tłumaczyć, że jest dobry?!

A całość dopina świetnie wykreowany świat. Taka apokalipsa w innym wydaniu! Chyba każdy jest przyzwyczajony do świata zagłady a’la Fallout – czyli pustynia, piach, zmutowane skorpiony.. Tymczasem tutaj mamy po prostu opuszczone, zniszczone miasta, zawładnięte przez najnormalniejszą przyrodę. Zatem trafiamy na zarośnięte wieżowce, „miejskie dżungle” i ogólną zieloność wśród opuszczonych metropolii. Trochę mi to przypomina obraz Nowego Jorku z „I am Legend” – i na pewno nie brak tu klimatu. Grafa nie jest zła, trochę przejaskrawiony filtr graficzny – no ale to raczej rzecz gustu – w ogólnym rozrachunku cały projekt świata robi miłe dla oka wrażenie.


No i dochodzimy do sedna każdej gry czyli gejmplej! No cóż, to konsolowy slasher, który trochę wieje prostotą. Ale to tylko dlatego, że cała gra ma „filmowy” charakter. Walka nie jest skomplikowana, sekwencje parkouru są proste i ograniczają się do skrętu kamery i odpowiednio wciśniętego przycisku. Czasami pojawia się jakaś prosta logiczna zagadka, czy nawet ciekawy (ale nierozwinięty) motyw współpracy głównych bohaterów. Jednak brak tu jakiejkolwiek samowolki, potrzeby większego zaangażowania gracza czy jakiegokolwiek główkowania „dokąd kurna teraz iść”, czy „jak tam, do kija banana, wleźć”. Nie ma poszukiwania najlepszej drogi, czy wybierania lepszej ścieżki, zastanawiania się gdzie się podciągnąć, czy którędy wskiknąć, by gdzieś tam się dostać – wszystko jest liniowe, proste, zero-jedynkowe… Ale w ogólnym rozrachunku ten prosty gejmplej w ogóle nie irytuje (no może trochę). Dlaczego? Bo jest to tylko przerywnik (czasem dość długi) do kolejnej cut-scenki, konwersacji głównych bohaterów czy ich interakcji. Innymi słowy Enslaved to taka filmowa gra – coś podobnego do Uncharted – zresztą do drugiej części tej gry często Enslaved było porównywane, a przegrało ogólnie gorszą stroną techniczną. No bo tutaj, jak pisałem, cały czas poznajemy, czy przeżywamy historię, oglądamy jakby film drogi, a przerywniki (choć to słowo tu nie do końca pasuje, bo często trwają długo) w postaci kierowania i gry naszym bohaterem są tylko pretekstem do zatrzymania nas przed monitorem na dłużej. Zresztą jak przystało na „filmową” grę mamy też wiele kinowych elementów – szalone pościgi, walki z Bossem, czy inne ciekawe akcje w stylu sekwencji QTE.
Cała gra to jakieś 8-9h rozrywki, więc nie jest źle. Nie nudzi się, a wręcz mogę napisać, że długość rozgrywki jest po prostu idealnie dobrana.

Na koniec mogę jeszcze napisać, że cała gra jest mocno inspirowana chińską powieścią „Wędrówka na Zachód”. Zgodnie z ciocią Wiki powieść ta oparta jest na autentycznej historii podróży buddyjskiego mnicha Xuanzanga, jednak niewiele jest w niej historycznych faktów. Ma ona charakter fantastyczno-przygodowy i oparta jest głównie na podaniach ludowych. Bohaterem powieści jest tangowski mnich Tripitaka (Trip?), któremu towarzyszą w podróży: Sun Wukong król małp zwany Wędrowcem (Monkey?) oraz wieprzek Zhu Bajie (Pigsy?).
Zresztą tych analogii jest wiele – choćby broń Monkey i jego latający dysk (w powieści porusza się on na chmurce) i jeszcze wiele wiele innych. Dodam jeszcze, że sama powieść była inspiracją m.in. dla serii Dragon Ball.
Zresztą nie kończy się tylko na nawiązaniach, bo tak samo jak w chińskim przekazie, w Enslaved również jest poruszonych kilka „cięższych” tematów – takich jak: miłość, niewolnictwo, sens życia itp. Sam finał gry pozostawia gracza z niezłym znakiem zapytania we łbie! No cóż, jeśli gra potrafi zmusić do przemyśleń albo jest inspiracją do poszukiwań informacji na temat klasycznych dzieł literatury światowej – jak dla mnie już jest warta zagrania!


No więc Enslaved: Odyssey to the West to taka filmowa przygoda tudzież „gra drogi”. Gierka ze świetnymi postaciami, na wskroś liniowa, ale z ciekawie poprowadzoną relacją głównych bohaterów, gdzie cała historia jest tylko tłem dla wzajemnych stosunków (bez skojarzeń!), uczuć i przemyśleń na filozoficzne tematy. Konsolowy slasher, momentami trochę ubogi pod względem mechaniki rozgrywki, a jednak wciągający. Do tego z kilkoma dobrze poprowadzonymi filmowymi „kalkami”; z ciekawym światem, trochę „inną” grafiką i specyficznym klimatem. Warto na te 6-8h, by rozegrać naprawdę niezły film… ekhm grę 🙂

kloni


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial