Uwielbiam indycze gry za ich niesamowitą innowacyjność, ciekawe pomysły na gejmplej i często gęsto nietuzinkową oprawę audio-wideo. Niemniej nierzadko brakuje mi tej „truskawki” na torcie – czyli ciekawej historii, miłej fabuły, która dopełniałaby grę idealną. W Transistorze z kolei.. mamy to wszystko!

I może nie jest to gra idealna (czy taka w ogóle istnieje?) – ale na pewno jest to jeden z lepszych Indyków – ba! po prostu jedna z lepszych gier, w jakie ostatnie grałem. Ale po kolei.

Zatem mamy tutaj pewną bohaterkę – Red – słynną piosenkarkę miasta przyszłości jakiegoś bliżej nieokreślonego świata sci-fi, która to nagle traci głos, przy okazji ocknąwszy się przy ciele martwego mężczyzny przebitego przedziwnym mieczem. Mieczem, który… MÓWI. I tak zaczyna się cała historia. Red wyciąga miecz z ciała owegoż ziomka, a ten (znaczy się miecz) zaczyna swoją narrację, która będzie nam towarzyszyć do końca gry. A my ruszamy dowiedzieć się, o co w tym wszystkim kaman. Ten dziwny narrator naprawdę nadaje klimatu tej gierce – ale to chyba standard tegoż dewelopera, gdyż ich inna gra (równie świetna) – Bastion – także słynęła z niepospolitej narracji. Wracając do Transistora – cała fabuła jest jakby opowiadana z boku. Czyli nie dostajemy na tacy opowieści w postaci zgrabnych cut-scenek, ale wszystko dzieje się tu i teraz, a my na podstawie tych wszystkich wydarzeń wyciągamy wnioski, co tak naprawdę się stanęło. Czytamy wirtualne gazety, komentujemy wydarzenie w mieście, słuchamy naszego „przyjaciela” oraz poznajemy historię innych postaci. Na tej podstawie sami łączymy wszystko w głowie do kupy i niejako sami musimy sobie tę historię opowiedzieć, domyśleć się. Dla przykładu – możemy się dowiedzieć, że ktoś się w kimś potajmnie kochał i na tej podstawie domyśleć się motywów i dalszego losu postaci. Tym samym historia rodzi się w głowie samego gracza, a nie wisi tuż przed jego oczami w suchym tekście streszczenia wydarzeń. Takie podejście do fabuły zawsze było mi bliższe, ale wymaga też od gracza pewnego zaangażowania i wczucia się – tym samym nie każdemu może odpowiadać. Niemniej tutaj cała konstrukcja historii wypada naprawdę zgrabnie. Zresztą, w samej opowieści jest też wiele metafor i głębokich przemyśleń filozoficznych. Ale jak głęboko uda nam się w to zagłębić i czy w ogóle będziemy chcieli, zależy tylko od nas.

Całość dokręca, jak dla mnie, przepiękna, trochę cukierkowo-błyszcząca, ale jakże świetna, oprawa wizualna. Do tego usłyszymy też naprawdę miłe nuty – także cały klimat wręcz wkręca w fotel. Wszystko pasuje do siebie idealnie!


Na początku wspominałem o innowacyjności – i jest jej tu bez liku. Nawet sam sposób w sposobie snucia opowieści jest inny niż gdzie indziej – ale o tym za chwilę.
Bo gdy piszę o Transistorze i myślę „innowacyjność”, muszę przede wszystkim napisać o mechanice gry. No dobra, może to nie jest coś strasznie odkrywczego – ale za to jak miodnie działa!
Transistor to gra real-time, gdzie wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym – czyli strzelamy laserami, unikamy i używamy najróżniejszych umiejętności. Ale mamy też aktywną pauzę, kiedy to wykorzystując pewną pulę punktów akcji, możemy zaplanować poszczególny łańcuch następujących po sobie akcji, które następnie zostaną wykonane przy zwolnieniu czasu, tak by nasi przeciwnicy nie mieli szans zareagować. I to jest sól tej gry! To planowanie i wykonywanie akcji jest tak świetne, że aż chce się grać. Do tego wszystkiego mamy niesamowity (w swej prostocie i przyjemności używania) system umiejętności. Bo każdy skill (laser, teleport, tarcza itp.) może działać w trzech trybach – jako aktywny, pasywny lub dopełnienie innej umiejętności. Dla przykładu – jeśli mamy laserowy pocisk, który odbija się od celów i rani kolejne, to jako aktywny właśnie tak będzie działał, ale gdy damy go jako dopełnienie innej umiejętności, to sprawi, że właśnie ta inna będzie się odbijać; z kolei w pasywnym trybie to od nas będą się pociski odbijać itd. Ponieważ umiejętności jest kilkanaście to ilość kombinacji jest ogromna, a prawie każda daje coś nowego i wnosi do gry inny styl. Można grać na rozpiernicz, na asasyna niszcząc zza pleców, zabijać unikami, rozstawiać miny, czy używać pomocników, albo nawet przeciągać wroga na swoją stronę, by niszczyli resztę za nas. Naprawdę każdy sposób daje satysfakcję, a przy każdym czekpoincie aż chce się kombinować i wymyślać nowe połączenia!

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Po pierwsze dlatego, że długo nie brałem się za tą grę, ponieważ myślałem, że jest to kolejne taktyczno-turowe RPG a’la XCOM (za którym to nie przepadam) – a tutaj jest zupełnie co innego. Po drugie: w prawie każdej recenzji można przeczytać, jaki ten system umiejętności i walki jest świetny i jak chce się grać właśnie dla tych świetnych potyczek – no nie wierzyłem póki nie zagrałem. Tutaj faktycznie aż czeka się na kolejną walkę, byle tylko wypróbować nowe skile, nowe połączenia i oglądać mordor!

Poza tym jest jeszcze coś. Miałem jeszcze wrócić do innowacyjnej fabuły. Bo miecz, którego używamy, działa na zasadzie pochłaniania istnień, a każdy kolejny skill to po prostu wchłonięta przez niego dusza. Tym samym żeby dowiedzieć się historii danej postaci (która to historia, jak pisałem, wniesie coś do samej fabuły), trzeba ją odblokować stosując daną umiejętność w każdym trybie (pasywnym, aktywnym i dopełnienia). Zmusza to do jeszcze większego kombinowania i ciągłej wymiany umiejętności. Chyba już dawno nie widziałem, by sama mechanika gry była tak ważną częścią fabuły – wow!


Ukończenie całej gry zabrało mi jakieś pięć świetnych godzin. Jednak po zakończeniu mamy możliwość grania w trudniejszym trybie żeby odblokować kolejne umiejętności. I tak, jak niewiele jest gier, do którym podchodziłem ponownie, tak tutaj z niesamowitą radością odpaliłem całą historię od nowa, żeby tylko zdobywać kolejne umiejętności i tworzyć kolejne niesamowite kombinacje, by bawić się walką, ale też poznawać zawiłości całej historii.

Bo Transistor to kolejna mała perełka – prześliczna wizualnie (rzecz gustu – ale niech każdy rzuci okiem na screeny) i cudownie zaudiolizowana. Gra z ciekawą historią, którą gracz musi odkryć sam, a jeśli tylko chce może zagłębić się w odmęty filozofii i tony przemyśleń nad konstrukcją świata i jego równowagą. Gra z niesamowicie prostym ale równocześnie innowacyjnym i dającym mnóstwo (MNÓSTWO) satysfakcji systemem walki/umiejętności. Systemem, którym równocześnie jest nierozerwalną częścią fabuły i sprawia, że chce się do tej gry cały czas wracać!


Dla wszystkich fanów dobrych historii, którzy nie stronią od zadumy. Dla lubiących owyż styl graficzny. Dla wszystkich którzy po prostu lubią grać – gdyż opisana wyżej mechanika naprawdę wciąga!
Polecam!

kloni.


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial