Czym jest Tom Clancy’s The Division? To gra w konwencji TPP (czyli widzę Twoje plery!) będąca typowym szuterem w stylu „przyklej się do murka i nawalaj ile wlezie”. ALE! Nie jest to zwykła napierniczanka a’la Gears of War – nie. Konstrukcja rozgrywki jest zupełnie inna i mocno opiera się o taktykę, współpracę z innymi, czy odpowiednie podejście do misji – ale o tym za chwilę.

Zanim w ogóle zagrałem w tę grę, zastanawiałem się o co tu chodzi – niby MMO, niby multiplayer, ale można solo, podobno są questy, fabuła, misje, wtf? jak to wszystko działa? Już śpieszę z wyjaśnieniem dla wszystkich innych, którzy nie mają pojęcia o co tutaj kaman. Tom Clancy’s The Division faktycznie jest grą multiplayer i trzeba być podłączonym do neta żeby w nią grać (ktoś dzisiaj nie jest online grając na kompie?). Ale na luzaku można grać solo jak w zwykłego szutera z nawet ciekawą fabułą, misjami i całą otoczką najnormalniejszego single player. Jak to funkcjonuje? Ano cała gra rozgrywa się na mapie Nowego Jorku, gdzie biegamy, eksplorujemy, lootujemy, strzelamy itd. Wszystko dzieje się w locie, bez savów – po prostu zapamiętywany jest nasz progres i osiągnięcia, zdobyty ekwipunek czy postęp w wykonywaniu misji, a my cały czas gramy bez możliwości pauzy (za wyjątkiem wyjścia z gry). Nowy Jork podzielony jest na strefy (według dzielnic, czy przecznic), które odpowiadają poziomom gracza – czyli w danej strefie spotkamy bardziej wypasionych przeciwników, w innej mniej. Wszystko jednak odbywa się bez ekranów ładowania czy freezow – po prostu przechodzimy ulicę i już za rogiem mogą na nas czekać ziomki o 10 poziomów silniejsi. Gra w mieście toczy się niejako single-player – nie spotkamy tu innych graczy, ze spokojem biegamy i gramy swoje. Większość misji aktywuje się z automatu, czyli dla przykładu podchodząc w zaznaczone na mapie miejsce z misją poboczną, natrafiamy na jakiś oddział broniący się przed zbirami i dołączamy się do akcji lub nie. Jak pisałem – ekranów ładowania tu prawie nie ma. Chodząc to tu to tam można też spotkać zwykłych rozbójników, którzy nas zaatakują, czy przechodniów, którzy coś nam dadzą lub o coś poproszą. Misje fabularne / główne wymagają już aktywacji przez nasz HUD, ale zazwyczaj ta aktywacja przeobraża pole rozgrywki w locie, niemal niezauważalnie, dodając jeszcze więcej imersji i poczucia, że wszystko dzieje się tu i teraz. Misje główne można rozegrać sobie z innymi osobami – ze znajomymi czy z przypadkowymi ziomkami, których dobierze nam serwer (wtedy już wiadomo – trzeba poczekac na loading i znalezienie graczy). Wybór odbywa się w trakcie aktywacji misji, niemniej na luzaka można też grać solo, bo naprawdę dość rzadko zdarza się by dana misja była na tyle trudno iż przejście jej na samotnika było niemożliwe. Oczywiście można też ustawić poziom trudności, tak że bez znajomków nie da się jej zaliczyć – dzięki temu mamy dostęp do znacznie lepszych nagród.

Jak wspomniałem prawie cała rozgrywka toczy się jakby w sferze single-player, gdzie oprócz misji (instancji) nie spotkamy innych osób. Niemniej na mapie miasta znajdzie się też szereg kryjówek, gdzie uzupełnimy zapasy czy pohandlujemy. Są to strefy pokojowe, tzw. huby – wspólne dla wszystkich graczy, gdzie właśnie można spotkać inne osoby i choćby zaprosić je do wspólnych misji. Poza tym mamy też Dark Zone – specjalny obszar Nowego Jorku fabularnie odseparowany od reszty miasta murem – który to jest jedną wielką strefą online. Tam panuje już wolna amerykanka – komputerowi przeciwnicy są silniejsi, mają lepszy loot, a dodatkowo obszar jest dostępny dla każdego. Można więc spotkać tam innych graczy i powalczyć z nimi razem lub przeciwko nim (pvp).

No a jest gdzie biegać. Miasto jest dość duże, by nie powiedzieć ogromne. Można je zwiedzać do woli, a oprócz ulic mamy też skwery czy podwórka, dachy, kanalizację czy metro, a nawet wiele wnętrz budynków, do których można dostać się na różne sposoby (jednak nie do wszystkich – raczej do mniejszości). Ale nie to robi wrażenie – szczena opada z powodu poziomu odwzorowania Nowego Jorku. Ktoś kto bywał w tym mieście może doznać niezłego szoku, ale nawet dla mnie (czyli osoby, która poza swój podwórek nosa nie wychybia) jest jedno wielkie WOW. I nie chodzi nawet o to, że całe lokacje wyglądają jak wyjęte z filmu o Nowym Jorku, nie chodzi nawet o niesamowitą szczegółowość oprawy graficznej – to cały klimat, najmniejsze szczegóły, odwzorowanie, projekt i dbałość o każdą pierdołę tuż za rogiem śmietnika sprawia, że człowiek czuje się tam … w środku.. w Nowym Jorku. Do tego cała ta zimowa aura, wyludnione ulice, projekt chaosu w mieście USA – aż przyprawia ciary w miejscu gdzie kończą się nam plecy. Nie będę zdradzał fabuły, mimo że nie jest to górnolotna opowieść, niemniej fajnie się ją odkrywa – ale każdy już chyba wie, że gra opowiada o epidemii wirusa w Nowym Jorku, która po prostu doprowadziła do najzwyklejszej katastrofy – czyli zamieszek i ogólnego upadku struktur miasta. A ten chaos jest cudownie odwzorowany w grze. Lokacje w swej apokalipsie są po prostu prześliczne. Do tego gra świateł, system dnia i nocy – i nie raz człowiek zatrzymuje się by pooglądać panoramę miasta, jakąś zapomnianą uliczkę czy zadymiony wieżowiec. Tam przeleci gołąb, nieopodal ktoś ogrzewa dłonie przy ognichu w metalowej rurze (jak na każdym filmie z USA), gdzieś dalej przewrócona śmieciarka, a ktoś przegrzebuje śmieci … Klimat i odczucie urbanizacyjnej katastrofy jest niesamowite. I właśnie ten klimat, te lokacje, te nieopisywalne uczucie realności i imersji jakie nam towarzyszy w trakcie gry, są jedną z przyczyn dla których trzeba w tę grę zagrać!


 
Dla potwierdzenia moich słów polecam poniższy, świetny filmik-gejmpley z gry w wykonaniu Roja, który gra ze swoim widzem – mieszkańcem Nowego Yorku – i razem próbują porównać czy wręcz pokazać odwzorowanie rzeczywistości.


 

No dobra, a jak wygląda sama rozgrywka? No fajnie:) Misje są dość zróżnicowane, każda ma jakąś otoczkę fabularną i stara się opowiedzieć co dzieje się w mieście, jak do tego wszystkiego doszło oraz co będzie dalej. Oczywiście nie jest to opowieść na miarę Tormenta czy innych gier typowo single-player, ale jest ciekawie. Zresztą jak pisałem – przegęsty klimat tworzy cała otoczka, a nie fabuła czy historia. Same misje mają wiele schematów – od zwykłego „rozwal wszystko co się rusza” przez ochronę osób/ mienia/ jakiś skrzynek po wiele skomplikowanych zadań łączących w sobie wszystko na raz: zabij kilka osób, osłaniaj zakładnika, przenieść teczkę w bezpieczne miejsce, wytrzymaj dwie minuty aż przyjdzie pomoc i nas uratuje itd. Nie jest to może szczyt gejmingowego projektowania ale to zróżnicowanie się czuje i nie nudzi… hmm.. stop – nie nudzi? I tutaj przychodzi pewna ważna sprawa, o której przeczytałem w wielu recenzjach czy opiniach o tej grze – głoszą one, że po pewnym czasie, gdy skończymy wszystkie misje główne, aby dalej maksować swą postać, trzeba wykonywać te misje ponownie od nowa jedynie ze zwiększonym poziomem trudności przeciwników, co po pewnym czasie zaczyna nudzić i wieje monotonią.. Cóż… nie odczułem tego za bardzo. Jednak wszystko zależy od naszego podejścia do gry i tego czego od tej gry oczekujemy.

Mianowicie – zakończenie wątku fabularnego to ok 20-25h zabawy (może mniej jeśli ktoś olewa wszystko wokół i leci na zabój). Wbicie maksymalnego 30 poziomu, który odblokowuje nam większość umiejętności to również coś koło tego, czasem do 30h jeśli ktoś był ślamazarny. Natomiast wymaksowanie wszystkiego co się da to jakoś 80-100h – do tego dochodzi jeszcze farma najlepszego gearu do pvp, która może to wszystko przedłużyć. Po skończeniu wątku fabularnego, by zdobywać lepszy sprzęt trzeba powtarzać misje na najwyższym poziomie trudności i wtedy faktycznie może powiać monotonią. Poza tym misje główne i poboczne, mimo wielu schematów rozgrywki wciąż mają podobny styl (tu obroń zakładników, tam przenieść teczkę, gdzie indziej obroń towarzysza, zabij zakładników, albo wszystko na raz). Zatem jeśli ktoś ma zamiar zrobić uber farmę by się wymaksować i potem grać jedynie pvp-boga, to faktycznie zanim osiągnie max’a, może nie raz przeżyć monotonię przechodząc te same misje wkoło. Ja przegrałem ok 25h, bawiłem się świetnie – zarówno solo jak i ze znajomymi – pewnie jeszcze do tej gry wrócę, ale na razie mi w zupełności wystarczy. Przez te 25h poznałem grę, przeżyłem ciekawą przygodę, a przy tym ani razu nie odczułem nudy czy schematyczności. W grze jest tyle aktywności pobocznych, że naprawdę jest co robić, a każda z nich ma swój klimacik. Do tego w Dark Zone w pvp można się bawić już od 10lvl, a na 1lvl Dark Zone (tam poziom liczy się odrębnie) – już na tych niskich rangach jest mnóstwo zabawy. Innymi słowy jeśli ktoś nastawia się na grę czysto-pvp może się zawieść, bo zanim do tego maksymalnego poziomu dobije by konkurować wśród najlepszych, będzie musiał przeżyć sporo monotonii. Ta gra jest nastawiona na wszystko inne – na historię, odkrywanie, imersję, zabawę ze znajomymi, również pvp – ale wydaję mi się, że nie jest to jedyny i podstawowy cel gry. Poza tym osoby szukające MMO na setki czy tysiące godzin również mogą nie znaleźć tego czego oczekują. The Division najlepiej smakuje na te +30h trochę solo, trochę z kumplami, trochę pvp, trochę z randomami, nie natomiast na wieczny grind pod niebiosa w klanowych rozgrywkach +100 osób…

Muszę też napisać, że mimo możliwości gry solo, ta gra rozwija skrzydła w kooperacji/grupie. Wtedy mechanika gry rozwija skrzydła, a taktyka w postaci okrążania przeciwnika, stosowania różnych broni, umięjętności, zadadzek czy wielu innych słitaśnych elementów rozgrywki naprawdę daje mnóstwo frajdy. Niemniej nie jest tak, jak w innych grach, gdzie można grać solo, ale jest to raczej udręka. Tutaj gra single-player jest ŚWIETNA! Po prostu gra ze znajomymi jest jeszcze lepsza, a czasem po prostu inna – gdzie odkrywanie niektórych części miasta w pojedynkę często nadaje niespotykanego nigdzie indziej klimatu.

Pisałem też o niesamowitej immersji, jednak część osób narzeka, iż wraz ze wzrostem poziomu trudności, przeciwnicy zamieniają się w gąbki na pociski. I faktycznie im wyżej tym zabicie przeciwnika to władowanie w niego nieraz wielu magazynków (nawet używając headszotów – aż zbijemy mu kamizelkę – potem ginie na strzała). Jednak jakoś nie sprawiało mi to problemu i nie psuło całej gry, czy poczucia realności – to w końcu szuter, a nie symulator żołnierza.

Podsumowując – Tom Clancy’s The Division to niesamowita mieszanka: gra dla małych grup znajomych, w którą równie przyjemnie gra się solo; to gra z niesamowitym klimatem Nowego Jorku w chaosie, z przepiękną oprawą wizualną, która potęguje ten cudowny klimat, a na to wszystko imersja i odwzorowanie miasta przyprawia o gęsią skórkę za uchem; to gra która niekoniecznie jest typowym MMO i nie jest nastawiona stricte na pvp – ten tryb również tu występuję i jest jedną z ważniejszych części gry, ale nie dominuje. Gra, którą warto zagrać głównie dla tych 20-40h godzin przepięknego klimatu i świetnej zabawy nie na jednym polu, ale w wielu trybach rozgrywki. Imersja, niespotykany nigdzie indziej klimat, naprawde sroga rozrywka, a na koniec niesamowicie dziwne, a przy tym przyjemne poczucie realnego Nowego Jorku – miasta jakiego w żadnej innej grze nie znajdzie się w tak prawdziwej, niepokojąco realnej i „pięknej” formie.

kloni.

Na koniec polecam powalającą galerię screenów (podrasowanych photoshopem) z The Division użytkownika Flickr – Anthemios’a,
NIEZIEMSKIE!

The Division

Effects : Photoshop


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial